„Z energetyką wodną jest jak z żeglugą na rzekach – na siłę próbuje się zrobić coś sensownego z czegoś, co sensowne nie jest” – komentują eksperci propozycje Wód Polskich, które „otwierają się na inwestorów”.
W Wodach Polskich doszło ostatnio do „rzecznego rozdwojenia jaźni”.
Jedna przedstawiona przez instytucję lista ma pomóc w dalszej zabudowie polskich rzek, a druga – w uwalnianiu ich od zabudowy już istniejącej. Eksperci załamują ręce: nie dość, iż obie listy zawierają absurdalne błędy, to jeszcze pozycje na nich często się pokrywają.
O co chodzi?
Mieć rzekę i zjeść rzekę
„Wody Polskie udostępniają inwestorom blisko 4 tys. lokalizacji na cele energetyki wodnej” – poinformowała instytucja pod koniec grudnia. W komunikacie wskazano, iż inwestorzy mogą liczyć na wsparcie formalne i wydzierżawienie gruntów Skarbu Państwa na preferencyjnych warunkach. Wyjaśniono też, iż dzięki dostępowi do istniejącej już infrastruktury hydrotechnicznej nie ma konieczności budowy nowych zapór czy zbiorników. Zarówno koszty realizacji, jak i wpływ na środowisko, są więc „zminimalizowane”.
„Udostępniając inwestorom blisko 4 tys. lokalizacji pod rozwój energetyki wodnej, pokazujemy, iż Polska potrafi wykorzystać swój potencjał w sposób świadomy i odpowiedzialny. Te działania wpisują się w długofalową politykę rozwoju odnawialnych źródeł energii, wspierając transformację energetyczną i cele klimatyczne państwa” – stwierdził Mateusz Balcerowicz, prezes Wód Polskich.
Do informacji załączono też listę blisko 4 tys. budowli piętrzących na rzekach, które mogą zostać oddane pod dzierżawę.
Niecały miesiąc później opublikowano drugą listę, która ma pomóc w realizowaniu unijnych przepisów o odbudowie zasobów przyrodniczych (Nature Restoration Law). W przypadku rzek głównym celem jest… przywrócenie swobodnego przepływu na co najmniej 25 tys. km rzek w całej wspólnocie. Oznacza to, iż wiele sztucznych barier powinno zniknąć.
W związku z tym Wody Polskie przedstawiły wykaz ponad 5 tys. obiektów hydrotechnicznych (11 proc. wszystkich) do usunięcia lub przebudowy.
„Priorytetem będzie zatem usuwanie przestarzałych barier, które nie są już potrzebne do wytwarzania energii, żeglugi śródlądowej, zaopatrzenia w wodę czy ochrony przeciwpowodziowej” – wyjaśniły Wody Polskie.
- Czytaj także: Sprawdzili ile kilogramów leków trafia do rzek. Rocznie kupujemy ich 26 tys. ton
Polskie rzeczki jak Amazonka
„Obie listy mają jedną cechę wspólną – żadna nie nadaje się do realizacji celu, dla którego została sporządzona” – ocenia Koalicja Ratujmy Rzeki, która zrzesza dziesiątki ekspertów, naukowców i organizacji pozarządowych. Jej przedstawiciele szczegółowo przyjrzeli się przedstawionym lokalizacjom. Wnioski?
Lista z sugerowanymi miejscami pod budowę nowych elektrowni wodnych zawiera „fundamentalne błędy”, z powodu których „nie może być poważnie traktowana przez potencjalnych inwestorów”.
Wśród przykładów błędów Koalicja Ratujmy Rzeki wymienia m.in. to, że:
- wykaz zawiera lokalizacje, w których nie ma żadnych budowli piętrzących;
- oraz propozycje budowy elektrowni na zaporach suchych zbiorników przeciwpowodziowych, w których woda pojawia się na kilkanaście godzin raz na kilka lat;
- do tego około połowy z wszystkich lokalizacji znajduje się w obszarach chronionych (w tym kilkaset w obszarach Natura 2000), a kilkadziesiąt w parkach narodowych lub w ich otulinach i w rezerwatach przyrody;
- dla lokalizacji obejmujących 20-30 proc. kraju podano błędne współrzędne, przez co piętrzenia – po naniesieniu na mapę – znalazły się nie tylko poza rzekami, ale czasami choćby poza granicami Polski;
- a podane wielkości przepływów niektórych małych rzeczek są na poziomie Amazonki, Nilu czy Renu.
Po wyeliminowaniu wszystkich błędów okazuje się, iż zaledwie 20 nowych elektrowni (0,5 proc.) może mieć moc powyżej 1 megawata (MW), a tylko 3,5 proc. – powyżej 100 kilowatów (kW).
Choć w komunikacie Wody Polskie mówią więc o potencjale 5 terawatogodzin (TWh) rocznej produkcji prądu, w rzeczywistości wynosi on mniej niż 1 TWh. Dla porównania roczne krajowe zużycie prądu wynosi ok. 170 TWh, z czego 43 TWh dostarczają już energetyka wiatrowa i słoneczna.
Z kolei analiza drugiej listy (związanej z NRL) wykazała, iż jest ona „nieprzydatna” i ma co najwyżej „poślednie znaczenie”. Koalicja Ratujmy Rzeki odnotowuje, iż Wody Polskie nie podają tak podstawowych danych, jak współrzędne geograficzne i kilometraż rzek, co uniemożliwia ich zlokalizowanie. Nie określono również, czy zamiarem jest przebudowa, czy też likwidacja danego obiektu.
Do tego duża część wskazanych piętrzeń to te same obiekty, które Wody Polskie wskazują na liście budowy nowych elektrowni wodnych.
Zapora na rzece Brda. Fot. Shutterstock/Piotr WytrazekZ elektrowniami jak z żeglugą
„Z energetyką wodną jest jak z żeglugą na rzekach – na siłę próbuje się zrobić coś sensownego z czegoś, co sensowne nie jest” – komentuje Paweł Augustynek Halny, ekspert Koalicji Ratujmy Rzeki zapytany przez SmogLab.
„To nic, iż w rzekach ubywa wody i są zniszczone. I tak chce się rozwijać żeglugę, tak jakbyśmy nie mieli dróg dla samochodów i torów kolejowych. I to nic, iż wiatraki i fotowoltaika dają choćby 50 razy więcej prądu niż elektrownie wodne. I tak na siłę będziemy udowadniać, iż na małych rzekach i o niskich spadkach, zrobimy wielkie elektrownie wodne” – dodaje ekspert.
Augustynek Halny zwraca uwagę, iż funkcjonujemy dziś w innej rzeczywistości niż 50 lat temu. Z powodu zmiany klimatu i błędów w zarządzaniu zasobami wodnymi przepływy wody w rzekach są dziś bowiem znacznie mniejsze. „Mówienie o gigantycznym potencjale energetycznym rzek to mit. Nie ma tego potencjału. A niemal wszędzie tam, gdzie był, elektrownie wodne już stoją” – wyjaśnia.
Wody Polskie: to tylko materiały poglądowe
W odpowiedzi na krytykę Wody Polskie opublikowały na początku lutego wyjaśnienia.
Wytłumaczono w nich, iż grudniowy materiał o elektrowniach wodnych „ma charakter poglądowy” i „służy jedynie jako punkt wyjścia dla potencjalnych inwestorów do dalszych analiz”. „Mimo to w przestrzeni publicznej pojawiają się opinie, iż jest to lista zawierająca konkretne, planowane lokalizacje nowych elektrowni wodnych w Polsce. To nieprawda” – przekonuje instytucja.
Wody Polskie tłumaczą, iż lista pozwala sprawdzić, czy dana lokalizacja może być poddana analizie technicznej i ekonomicznej. Ostateczna liczba nowych elektrowni będzie zależeć zaś wyłącznie od zainteresowania inwestorów i spełnienia przez nich wszystkich wymagań formalno-prawnych. Instytucja przekonuje też, iż wykaz obiektów nie promuje tworzenia nowych barier na rzekach.
Zdaniem Wód Polskich budowa nowych elektrowni wodnych nie musi też stać w sprzeczności z odbudową ekosystemów rzecznych. „Racjonalna gospodarka wodna może łączyć cele środowiskowe i energetyczne. Lista istniejących piętrzeń z potencjałem hydroenergetycznym została przedstawiona równolegle z działaniami renaturyzacyjnymi, ponieważ oba kierunki mogą się wzajemnie uzupełniać” – poinformowano.
W skrócie: w jednych miejscach warto budować elektrownie, w innych istniejące obiekty warto zaś burzyć. „Takie podejście pozwala maksymalnie wykorzystać istniejącą infrastrukturę tam, gdzie ma to uzasadnienie, a jednocześnie usuwać obiekty zbędne i renaturyzować rzeki tam, gdzie poprawi to warunki ekologiczne. W efekcie nie powstają nowe bariery, a obecne są wykorzystywane zgodnie z zasadami zrównoważonej gospodarki wodnej” – podkreślają Wody Polskie.
- Czytaj także: Cicha rewolucja pod wodą. Odbudowują podwodne łąki Bałtyku
Dlaczego pomaga się inwestorom, a nie rzekom?
Ekspertów martwi to, iż instytucja odpowiadająca za stan polskich rzek tak chętnie otwiera się na inwestorów, a tak niechętnie skupia się na ochronie zasobów wodnych.
Dlatego Koalicja Ratujmy Rzeki oczekuje, iż Wody Polskie przestaną promować nieefektywną w polskich warunkach energetykę wodną. Jej zdaniem zamiast tego należy skoncentrować się na celu nadrzędnym, czyli osiągnięciu celów środowiskowych i odbudowie ekosystemów w oparciu o naturę. „Likwidacja zbędnych urządzeń wodnych to korzyść dla jakości środowiska, co przekłada się na jakość życia obywatelek i obywateli oraz oszczędność dla budżetu Państwa, na który wszyscy się składamy” – pisze w swym stanowisku.
Podobnie widzi to Augustynek Halny. „Priorytety renaturyzacji i dziwnej hydrotechniki cały czas się ścierają. Sam żyję chyba jednak w innej rzeczywistości niż Wody Polskie. W tej mojej istnieją programy unijne i NRL, co sugerowałoby podejmowanie innych działań, niż wskazywanie inwestorom, które kolejne rzeki można zniszczyć” – uważa ekspert.
W gronie ekspertów nie brakuje głosów, iż Wody Polskie celowo przedstawiły aż tak pokaźną listę. Dzięki temu o ile elektrowni wodnych powstanie o wiele mniej, decydenci będą mogli tonować głosy krytyki i mówić: „zobaczcie, ograniczyliśmy się, robimy tylko trochę”. Problem w tym, iż choćby to o wiele mniej będzie trudne do uzasadnienia i mocno kontrowersyjne.
„Nawet o ile z tych 4000 lokalizacji zrealizowano by 10 proc, oznaczałoby to zwiększenie liczby elektrowni wodnych o połowę. Dla wielu polskich rzek oznaczałoby to śmierć. Czasami wystarczy choćby jedna realizacja, by rzekę zabić” – mówi Augustynek Halny.
W rozmowie ze SmogLabem dziwi się też, czemu Wody Polskie tak mocno otwierają się na inwestorów, a nie na tych, którzy rzeki chcą chronić. „Według mnie to była nieprzemyślana zagrywka PR-owa, która miała pokazać, jaki to rzekomo duży jest potencjał elektrowni wodnych. Tylko czemu to wsparcie oferowane jest inwestorom, a na podobne nie mogą już liczyć nie podmioty, które chcą pomóc w odbudowie ekosystemów i realizacji zapisów NRL?” – pyta ekspert.
–
Zdjęcie tytułowe: shutterstock/Robson90

3 godzin temu









.webp)





