W 2011 roku dwugodzinna ulewa kosztowała Kopenhagę 6 mld koron duńskich, czyli ok. 3,5 mld zł. Miasto mogło wtedy zrobić to, co robi większość: regulować, betonować i kanalizować. Wybrało jednak inną drogę: postanowiło zrobić wodzie miejsce. Pojechałam sprawdzić, jak to wygląda po kilkunastu latach.
Spacerując po mieście, miałam wrażenie, iż woda jest częścią miasta, a nie zagrożeniem. To była pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy po kilku godzinach zwiedzania Kopenhagi. Brzmi banalnie?
Może trochę. Ale po powrocie do Polski, zaczęłam się zastanawiać, dlaczego właśnie ta myśl została ze mną najdłużej. Nie CopenHill, czyli słynna spalarnia ze stokiem narciarskim na dachu. Nie tysiące rowerów. Nie Christiania.
Tylko… woda. Bo w Kopenhadze woda nie wygląda jak problem, który za wszelką cenę trzeba schować do rur. Nie jest przeciwnikiem, z którym miasto prowadzi niekończącą się wojnę. Jest po prostu elementem krajobrazu. Czasami wręcz jego bohaterem. I właśnie dlatego ten tekst nie będzie o ekologii.
Będzie o zmianie myślenia.
- Czytaj także: Bez smrodu i śmieci na ulicach. Tu odpady zbierają podziemnym systemem

Jedna ulewa, która kosztowała sześć miliardów koron
2 lipca 2011 roku nad Kopenhagą przeszła ulewa, która zmieniła historię miasta. W ciągu niespełna dwóch godzin spadło ponad 150 milimetrów deszczu. Kanalizacja przestała odbierać wodę, a ulice zamieniły się w rwące potoki.
Zalane zostały szpitale, stacje metra, tunele, piwnice i tysiące domów. Straty oszacowano na około 6 mld koron duńskich (ok. 3,5 mld zł) – była to jedna z najkosztowniejszych katastrof pogodowych w historii Danii. Nie był to tylko incydent, ale sygnał, iż wraz ze zmianą klimatu ekstremalne opady stają się nową rzeczywistością.
W wielu krajach odpowiedź byłaby do przewidzenia. Więcej betonu. Większe rury. Wyższe wały. Kopenhaga zrobiła coś, co początkowo wydawało się niemal szalone.
Postanowiła… zrobić miejsce dla wody.

Zamiast walczyć z wodą – zaprosili ją do miasta
Tak narodził się Cloudburst Management Plan – plan adaptacji do gwałtownych ulew, który dziś analizują urbaniści od Nowego Jorku po Singapur.
Jego założenie jest zaskakująco proste. o ile wiemy, iż podczas ekstremalnego deszczu kanalizacja nie odbierze całej wody, to przestańmy udawać, iż odbierze. Niech część wody popłynie ulicami. Niech zatrzyma się w parkach. Niech wypełni specjalnie zaprojektowane place i zagłębienia terenu. Niech przez kilka godzin stanie się elementem miasta. A potem spokojnie odpłynie. Brzmi jak herezja?
Tylko dopóki nie zobaczy się wyliczeń. Miasto porównało warianty i wyszło, iż dalsze stawianie wyłącznie na kanalizację jest ekonomicznie bez sensu: mimo ogromnych nakładów straty powodziowe i tak pozostałyby wysokie, a bilans dla społeczeństwa wychodził ujemny. Rozwiązanie mieszane, łączące rozbudowę sieci z powierzchniową retencją, dawało oszczędność.
- Czytaj także: Tylko trzy kraje w Europie spełniają normy powietrza WHO. Jaki jest ich sekret?

Najlepsze rozwiązania są niewidzialne
Spacerowałam po Kopenhadze i długo nie mogłam zrozumieć, co mnie w tym mieście tak uspokaja. Dopiero później dotarło do mnie, iż nie widzę wielkich konstrukcji przeciwpowodziowych. Nie widzę betonowych kanałów. Nie widzę murów odgradzających ludzi od wody. Za to widzę parki, place, skwery i ścieżki rowerowe. Na pierwszy rzut oka wszystko zwyczajne.
Dopiero kiedy zaczęłam czytać o projektach miasta, okazało się, iż wiele z tych miejsc pełni podwójną funkcję. Na co dzień służą mieszkańcom. Podczas ulewy stają się częścią systemu ochrony przeciwpowodziowej – magazynują wodę, spowalniają jej spływ albo kierują ją tam, gdzie nie wyrządzi szkód. Takich inwestycji są już setki i wciąż powstają kolejne.
Plan przyjęty w 2012 roku zakłada 300 osobnych projektów rozłożonych na dwadzieścia lat, a jego koszt szacowano na ok. 11 mld koron. Dla przypomnienia: same straty z jednej lipcowej ulewy sięgnęły 6 mld. Za projektowaniem stoi duńska firma inżynierska Ramboll, która dziś doradza przy podobnych rozwiązaniach innym miastom.
To chyba najbardziej duńskie rozwiązanie, jakie widziałam. Nie budować czegoś obok miasta, ale sprawić, żeby samo miasto było rozwiązaniem.

Największym dowodem nie są raporty
Są ludzie. Nigdy nie zapomnę widoku mieszkańców skaczących do wody w samym centrum miasta. Kilkanaście metrów dalej płynęły łodzie. Na nabrzeżu ktoś pił kawę. Ktoś czytał książkę. Ktoś inny wracał z pracy rowerem. A obok dzieci pluskały się w porcie. To był moment, w którym zrozumiałam, iż jakość życia nie zaczyna się od spektakularnych inwestycji, ale od zaufania. Bo żeby wskoczyć do portu w centrum miasta, trzeba wierzyć, iż ta woda jest czysta.
A to nie wydarzyło się przez przypadek. Przez lata Kopenhaga inwestowała miliardy koron w oczyszczanie ścieków, modernizację kanalizacji i poprawę jakości wód portowych. Efekt? Dziś miejskie kąpieliska są symbolem miasta, a jakość wody jest stale monitorowana.

Ekologia bez wielkich haseł
Wiecie, co najbardziej mnie zaskoczyło? Że w Kopenhadze praktycznie nikt nie mówi o ekologii. Serio. Nie widziałam moralizowania. Nie czułam, iż ktoś próbuje mnie wychowywać. Po prostu wszystko zostało zaprojektowane tak, żeby bardziej opłacało się zrobić to dobrze niż źle. Łatwiej wsiąść na rower niż do samochodu.
Łatwiej usiąść nad kanałem niż uciekać od niego. Łatwiej zostawić wodzie przestrzeń niż później wydawać miliardy na naprawianie szkód. I chyba właśnie na tym polega prawdziwa transformacja.
Nie na hasłach, ale na projektowaniu codzienności.

Co z Polską?
Nie, nie napiszę, iż Polska powinna skopiować Kopenhagę. To byłoby nieuczciwe. Mamy inne miasta i inną historię, inny klimat. Ale jedno pytanie warto sobie zadać. Czy naprawdę przez cały czas chcemy projektować miasta tak, jakby ulewy zdarzały się raz na sto lat?
Bo dane są bezlitosne. Wraz ze zmianami klimatu rośnie ryzyko krótkotrwałych, ale bardzo intensywnych opadów, z którymi tradycyjna kanalizacja często sobie nie radzi. To problem, z którym mierzą się miasta w całej Europie – również w Polsce.
Gdańsk po powodzi z 2001 roku zbudował system zbiorników retencyjnych, które na co dzień są zwykłymi terenami zielonymi. Wrocław i Warszawa rozwijają programy odbetonowania i ogrodów deszczowych. W Krakowie planują wielki zbiornik retencyjny pod samym Wawelem. Różnica polega na skali i na tym, czy traktujemy to jako pojedyncze inwestycje, czy jako sposób projektowania całego miasta.
Może więc zamiast kolejny raz zastanawiać się, jak szybciej pozbyć się wody, warto zapytać… Jak zrobić dla niej miejsce?

Najważniejsza lekcja z Kopenhagi
Pojechałam do Danii z przekonaniem, iż będę oglądać zielone technologie, wiatraki, rowery, spalarnię i nowoczesną architekturę. To wszystko tam jest. Ale największą lekcję dostałam zupełnie gdzie indziej. Na zwykłym spacerze. Bo zrozumiałam, iż odporność miasta zaczyna się od pokory.
Od zaakceptowania faktu, iż natury nie da się podporządkować. Można za to nauczyć się z nią współpracować. I być może właśnie dlatego, spacerując po Kopenhadze, ani przez chwilę nie miałam wrażenia, iż woda jest zagrożeniem. Miałam wrażenie, iż jest po prostu… kolejnym mieszkańcem tego miasta.

Zdjęcia: Joanna Urbaniec

4 godzin temu












.webp)
