Są zabijane w lasach, więc uciekają do miast. Dzicze „błędne koło”

5 godzin temu

Dziki w polskich miastach stały się tematem ogólnokrajowym i politycznym. Pojawiły się doniesienia o śmiertelnych atakach na psy, czy o ugryzieniu seniorki, co miało skończyć się wizytą w szpitalu. Coraz częściej słychać o dzikach spacerujących po osiedlach, w parkach i na placach zabaw, a to budzi niepokój części mieszkańców.

Eksperci z którymi rozmawiamy wskazują na trzy główne przyczyny tego, dlaczego dzik w mieście czuje się coraz lepiej. I choć w pięć lat zabito ponad 1,3 mln tych zwierząt, a ich populacja drastycznie się zmniejszyła, to w miastach sytuacja zdaje się być odwrotna. Zdaniem specjalistów jednym z czynników są właśnie polowania. – Dziki są inteligentne. gwałtownie zrozumiały, iż w miastach jest bezpieczniej. Uciekły tu przed śmiercią – mówi nam jeden z przyrodników.

W odpowiedzi na coraz większe napięcia na linii człowiek-dzik, władze sięgają po radykalne rozwiązania – w tym odstrzały, w niektórych przypadkach odbywające się na oczach mieszkańców w gęsto zabudowanym terenie. To właśnie takie sceny w Warszawie wywołały niedawną falę oburzenia i protesty społeczne. W mniej drastycznym scenariuszu dziki są odławiane i usypiane.

Gdy jedni domagają się zdecydowanych działań w imię bezpieczeństwa, inni mówią o „rzezi” i apelują o bardziej humanitarne metody. Dlaczego dziś dochodzi do coraz większej liczby konfliktów z ludźmi i czy można temu zapobiec w sposób, który nie będzie wywoływał kontrowersji? Okazuje się, iż tak.

  • Czytaj także: Czy mamy bać się wilków? Naukowiec: to bajki myśliwych

Skąd się biorą dziki w miastach?

Dziki pojawiają się wśród nas z kilku powodów. – Dwa z nich występowały od dawna i wcześniej nie powodowały tak dużych problemów. Był to rozrost miast oraz łatwość w zdobyciu pożywienia – mówi SmogLabowi Kamil Szczepka, biolog i paleontolog, prowadzący stronę Kamil Szczepka Okiem Przyrodnika.

Nowe osiedla budowane w aglomeracjach zabierają tereny pierwotnie zamieszkiwane przez dzikie zwierzęta. – Widzę to jako biolog zajmujący się różnego typu ekspertyzami. To nie dziki przyszły do miasta, ale miasto do nich.

Razem z miejską zabudową pojawiły się śmietniki pełne bioodpadów i resztki jedzenia wyrzucane przy chodnikach, placach zabaw i innych miejscach publicznych. Dostęp do odpadów i dokarmianie dzików są dla tych bardzo inteligentnych zwierząt ogromną zachętą do zbliżania się do naszych osad.

– Ponieważ zwykle odpady komunalne i miejsca dokarmiania zlokalizowane są właśnie na obszarach zabudowanych, to im więcej takiego dostępu dziki mają, tym bardziej przyzwyczajają się do człowieka. Przynajmniej kilka „ataków” dzików miało właśnie takie podłoże – zwierzęta przyzwyczajone do pokarmu antropogenicznego próbowały dostać się do torby z zakupami czy wynoszonymi śmieciami – mówi dr inż. Robert Skrzypczyński z Biura Urbanistyki Wielogatunkowej.

DZIKI w Warszawie.
Stanowisko z dzisiejszego dnia klubu @MiastoJestNasze @__Lewica @WspolneJutro odpowiadające na apel społeczny. Mam nadzieję, iż @warszawa mądrze dobierze skład zespołu. pic.twitter.com/ZwQn12wqiD

— Marta Szczepańska (@mrtaszczepanska) April 16, 2026

Ponadto, jak tłumaczy, odpady i dokarmianie są dostępne w podobnej ilości przez cały rok, w odróżnieniu od naturalnej zmienności pokarmu naturalnego, którego czasem jest więcej, a czasem mniej. – Dlatego wyeliminowanie dostępu dzików do odpadów oraz maksymalne ograniczenie ich dokarmiania musi być podstawą polityki miast. Co ważne, dokarmianie nie zawsze jest celowe – dzięki świetnemu zmysłowi węchu dziki wyczuwają z daleka karmę wystawianą innym zwierzętom, np. kotom wolno żyjącym.

– W żadnym wypadku nie należy dokarmiać dzików, ponieważ przekłada się na to na ich habituację do życia obok człowieka, co prędzej czy później generuje większe obawy wśród ludzi, a w końcu presję na miasto, by dziki zabiło – mówi dr Skrzypczyński pytany przez SmogLab.

Warszawa powołuje specjalny zespół. „Przed śmiercią uciekają do miasta”

Sprawa dzików w miastach stała się tematem ogólnopolskim, także dlatego, iż szczególnie dużo dzieje się w tej sprawie w stolicy.

– Najbardziej bulwersuje mnie fakt, iż miasto Warszawa nie dostrzegło tego problemu zawczasu i nie prowadziło inwentaryzacji. Pierwsza miała miejsce w marcu 2025 roku, ale o jej wynikach miasto mówiło dużo, dużo później – mówi nam Marta Szczepańska, Radna Miasta St. Warszawy, która zajmuje się tematem. – Teraz już dziki są np. w Śródmieściu, co jest efektem między innymi suburbanizacji, czyli rozlewania się miasta na tereny podmiejskie – mówi i przyznaje, iż Warszawa za przyczynę wzrostu populacji uznaje brak działań redukcyjnych w 2021 roku.

Problem wyraźnie się nasilił w ostatnich latach, gdy zaczęto intensywnie polować. Populacja dzika zmniejszyła się drastycznie – Z około 250 – 300 tys. do 60 tys. – mówi Szczepka. Stało się to w ciągu ostatniej dekady. Jednocześnie może nam się wydawać, iż dzików jest wręcz więcej. – Odpowiedź nasuwa się sama: polowania to trzeci czynnik, który przechylił szalę – mówi. Dziki są inteligentne. – gwałtownie zrozumiały, iż w miastach jest bezpieczniej. Uciekły tu przed śmiercią.

MM.Wildlifephotos/Shutterstock

Złoty środek na dziki? Antykoncepcja

Organizacja Miasto Jest Nasze sprawą dzików zajmuje od 2019 roku, a od 2024 roku w formie działań samorządowych.

– Z badań wynika, iż 2/3 obywateli w Warszawie nie popiera metod stosowanych przez środowiska myśliwskie, czyli odstrzałów. Niestety, w kółko powtarza się, iż nie ma innych rozwiązań – zwraca uwagę Szczepańska.

Odłów i uśpienie jest często tłumaczone słowami: „to przecież nie odstrzał”, co nie zmienia faktu, iż jest to metoda śmiertelna.

Tymczasem, zdaniem naszej rozmówczyni, należy szukać alternatywnych sposobów. – Zrobiłam w tej sprawie rozeznanie i okazuje się, iż są już instytuty badające temat antykoncepcji dzikich zwierząt i firmy wytwarzające produkty testowane np. w Barcelonie lub Hong Kongu. Badania są też prowadzone w Krakowie.

Funkcjonują już ośrodki wytwarzające farmakologiczne preparaty antykoncepcyjne dla dzikich zwierząt, w tym dzików. – Stosowano je m.in. właśnie w Barcelonie, z którą się skontaktowałam.

Szczepańska rozmawiała także z Botstiber Institute. Według tamtejszych ekspertów to właśnie takie środki antykoncepcyjne są przyszłością zarządzania populacjami dzikich zwierząt w miastach.

– Te preparaty rzeczywiście bardzo ciężko zarejestrować w Europie, ale Kraków jest przykładem miasta, które testuje je na gołębiach. Z kolei w Anglii używało się ich wobec gatunku inwazyjnego, jakim jest wiewiórka szara.

  • Czytaj także: Z 30 tys. zastrzelonych dzików tylko 122 były zakażone ASF. „Lex Ardanowski nieskuteczne”

W pięć lat 1,3 mln zabitych dzików. PROP: „Brak dowodów na skuteczność walki z ASF”

Sprawa dzików łączy się też z głośnym tematem ASF. To właśnie ta choroba jest głównym powodem – a dla innych usprawiedliwieniem, tego, iż w polskich lasach trwał w ostatnich latach odstrzał dzików na ogromną skalę.

– Polska zaczęła masowo zabijać dziki, by w ten sposób przeciwdziałać rozprzestrzenianiu się wirusa ASF [Afrykański pomór świń – red.] – mówi nam dr Skrzypczyński. – Polityka ta wynika z ochrony interesów hodowców świń, ponieważ wirus wiąże się z wysoką śmiertelnością świń i koniecznością ich zabicia, jeżeli pojawi się w hodowli. Przykładowo, w okresie 2019-2023 zabito w Polsce łącznie 1,3 mln dzików. Podejście to jednak jest jednoznacznie krytykowane przez Państwową Radę Ochronę Przyrody (PROP).

W 2024 roku PROP negatywnie zaopiniował „Krajowy plan walki z ASF”. Naukowcy wskazali na: wysokie koszty, brak dowodów skuteczności oraz poważne konsekwencje dla ekosystemów. Ich zdaniem opieranie strategii zwalczania ASF na intensywnym odstrzale dzików od lat nie przynosi oczekiwanych efektów.

Pracownia na rzecz Wszystkich Istot informuje z kolei, iż uśredniając koszt uśmiercenia dzika do 400 zł za osobnika, od 2019 roku podatnicy zapłacili za to mniej więcej 585 mln zł. Mimo ponoszonych wydatków liczba ognisk ASF nie maleje. – W 2023 roku odnotowano ponad tysiąc ognisk choroby, w 2024 roku – ponad 1800, a w 2025 roku już ponad 3400 – wylicza Pracownia.

„Nie ma logiki”

– Również Najwyższa Izba Kontroli zwraca uwagę na dysproporcję pomiędzy ogromnymi wydatkami środków publicznych na zabijanie dzików, a marginalnymi wydatkami na bioasekurację – dodaje dr Skrzypczyński.

Podkreśla, iż wdrożony na poziomie unijnym zakaz przewożenia dzików także wynika z przepisów dotyczących ASF. – Jeszcze kilka lat temu wiele miast odławiało i relokowało dziki poza miasto. Dziś dominująca interpretacja przepisów dot. ASF jest taka, iż jest to bezwzględnie niemożliwe.

Jak dodaje, jesteśmy w trakcie analizy. – Wydaje się, iż zbyt łatwo przyjęło się przekonanie, iż od zakazów relokacji dzików nie ma wyjątków. A choćby jeżeli faktycznie tak by było, to wówczas powinniśmy zmienić przepisy. Nie ma bowiem logiki w tym, iż przewóz świń po ich przetestowaniu pod kątem ASF jest dziś dopuszczalny, a przewóz dzików nie.

– Przepisy są dziś praktycznie całkowicie podporządkowane interesom hodowców świń, poświęcając w ich imię kwestie przyrodnicze, humanitarne, czy oczekiwania społeczne – tłumaczy dr Skrzypczyński.

Prawie 120 tys. za zabicie chorego zwierzęcia

Z kolei wspomniany Kamil Szczepka, pytany, czy nasilone polowania zatrzymały ASF, odpowiada: – Jak widać – nie.

Intensywne odstrzały realizowane są już kilka lat. Szacowano, iż zakażonych było od 0,4-2,5 proc. odstrzelonych dzików. – W pierwszym kwartale tego roku zbadano 223 dziki zabite w Warszawie. Nie wykryto ASF – wylicza. W ubiegłym roku było to łącznie 1060 dzików. – Wszystkie były zdrowe. Zabito je niepotrzebnie.

Gdyby przyjąć, iż zakażonych było 0,4 proc. odstrzelonych zwierząt, jak podaje Pracownia, koszt eliminacji jednego chorego osobnika wyniósł średnio 119 tys. zł.

Tymczasem wirus rozprzestrzenia się przez cały czas a jego głównym wektorem jest człowiek. Dziki, które nie są niepokojone, nie migrują na duże odległości. – Nie przemieszczają się 100 czy 200 km. Chęć ucieczki pojawi się, gdy coś zacznie mu zagrażać.

Nie brakuje przykładów udanej walki z wirusem

Jak rozwiązać sprawę wirusa, skoro masowy odstrzał nie działa?

– Belgia gwałtownie poradziła sobie z ASF. Owszem, strzelano tam do dzików w rejonach ognisk choroby w wytyczonych strefach, ale jednocześnie postawiono na szkolenia ludzi – mówi Szczepka pytany przez SmogLab.

– Uwaga – zabraniano także takich zwykłych polowań aby nie powodować u zwierząt migracji – mówi Szczepka. – Dzik sam do chlewni nie wejdzie. Wektorem, który go nieświadomie przeniesie, niemal zawsze będzie człowiek. Zwłaszcza polujący, mający kontakt z zakażonym zwierzęciem, które często przewozi na odległość wielu kilometrów – tłumaczy i dodaje, iż podstawą walki z ASF jest bioasekuracja.

To nic innego, jak ograniczenie kontaktu zwierząt z ludźmi i innymi zwierzętami, poprzez ogrodzenie gospodarstw i zapobieganie wchodzeniu dzików do chlewni.

Edukowano zwłaszcza hodowców trzody chlewnej i prowadzono intensywne poszukiwanie martwych, zakażonych dzików.

Zmniejszenie populacji jest zagrożeniem

Okazuje się, iż mniejsza populacja dzika stwarza niebezpieczeństwo dla ekosystemów. – Dzik pełni istotną rolę w ekosystemie. Zjada niemal wszystko – dosłownie sprząta las – przyznaje biolog.

W niektórych rejonach kraju dzika jest już ekstremalnie mało. Wiąże się z tym zanik buchtowania (rycia ziemi w poszukiwaniu pokarmu), redukcja bazy pokarmowej dla drapieżników, wzrost liczby gryzoni, kleszczy. – Gryzoni, które też mogą ASF przenosić, choć same nie chorują. Chwiejemy posadami leśnego ekosystemu, ale na szczęście można to gwałtownie naprawić.

Przez polowania dochodzi jednak do kompensacji. Kilkanaście lat temu we Francji prowadzono dwudziestoletnie badania nad dzikami. Analizy wykazały, iż polowania powodują zwiększenie rozrodczości u tych zwierząt. Lochy zachodzą w ciąże w młodszym wieku i rodzą więcej młodych. Wzrost populacji dzika może być ekspresowy, ale w tej chwili, jak mówi Szczepka, doszło już do sytuacji skrajnej. – Populacja nie nadąża się odnawiać i dzika drastycznie ubyło, a ten, który został, ucieka do miast.

HUMANITARNA WARSZAWA TERAZ. Miasto bez strategii to więcej konfliktów.

W poniedziałek (13 kwietnia) odbyła się Komisja Ochrony Środowiska Rady Warszawy poświęcona dzikom. Byliśmy tam, apelując o humanitarne, nieśmiercionośne metody rozwiązywania konfliktów.

Niestety, do… pic.twitter.com/nG8QB7gHGB

— Pracownia Bystra (@PracowniaBystra) April 14, 2026

Strefy buforowe, zabezpieczenie odpadów i edukacja

– Odstrzał i odłów są na długą metę nieskuteczne. Pobudzają płodność dzików, zaburzają ich strukturę społeczną. Według niektórych ekspertów w ten sposób wyeliminowano egzemplarze, które bały się ludzi, a młodsze dziki wykazują większą odwagę – argumentuje warszawska radna.

– Pytanie jest też o racjonalne wydatkowanie i o to, jaki jest plan. Chodzi o to, żeby nie przekroczyć racjonalności, ale rozwiązania eksperymentalne (jak np. antykoncepcja dla dzików), choć kosztowne, mogą być dużo bardziej opłacalne, niż odstrzał. Czy to przerosło Biuro Ochrony Środowiska? Wiadomo też, iż Lasy Miejskie są powiązane z myśliwymi – mówi Szczepańska.

Okazuje się, iż dzik nie tylko ucieka do miasta, ale także od lat się w nich rozmnaża. Czy zjawisko obecności dzików w miastach da się rozwiązać?

– Mleko już się rozlało. Będzie to bardzo trudne – przyznaje Szczepka.

Ważne jest projektowanie tkanki miejskiej w taki sposób, żeby utrudnić zwierzętom wchodzenie do miast. Szczepka postuluje zlecenie rzetelnych badań pokazujących, jak przemieszczają się zwierzęta. Co jeszcze należy robić?

– Twórzmy strefy buforowe na granicy miast. Zabezpieczajmy odpady. Można też zmniejszać atrakcyjność terenów przez modyfikację zieleni miejskiej i sadzenie roślin, które zniechęcają zapachem. Istnieją też różne odstraszające substancje – mówi biolog.

Szczepańska również oczekuje realnych rozwiązań, co wiąże się m.in. z prowadzeniem lepszej gospodarki odpadami, „zamiast powtarzania na komisji, iż nie ma takiego pojemnika na odpady, którego dziki by nie sforsowały”. – Przecież w dużej części Europy z powodzeniem stosuje się podziemne śmietniki, co wygląda estetycznie i ogranicza takie problemy.

Podstawą wszystkiego jest rzetelna edukacja mieszkańców. – Trzeba zadać sobie pytanie, czy w czasach ujemnego przyrostu naturalnego, który na pewno nie ulegnie zmianie, należy przez cały czas rozbudowywać miasta – przyznaje Szczepka.

Wywożenie dzików z miast załatwi sprawę?

Jeśli dziki już są w mieście, zdaniem biologa należy je odławiać i wywozić na tereny, gdzie liczebność dzika jest niska. – jeżeli było nas stać na wydanie olbrzymich pieniędzy na bezskuteczną, kilkuletnią walkę polegającą na zmniejszeniu zagęszczenia dziczej populacji, to nie powinno być kłopotów, by część tych źle wykorzystywanych środków przeznaczyć teraz na nowe rozwiązania.

– Czym innym [niż pewien zakres polowań – red.] jest jednak zabicie na oczach mieszkańców lochy z warchlakami, a mówiąc bardziej ludzko i stanowczo: matki z dziećmi w środku miasta. I to na placu zabaw. Elementarne zasady moralne powinny być tu hamulcem takiego działania. Pewnych rzeczy po prostu się nie robi. Zwłaszcza, iż są alternatywy – mówi Szczepka.

Sprzeciw społeczny wobec wydarzeń w Warszawie jest duży. – To cieszy i pokazuje, iż nasze społeczeństwo zmienia się. Nie akceptujemy bezsensownej przemocy wobec zwierząt, które czują tak jak my – dodaje.

Co zrobić, gdy spotkamy dzika? Po pierwsze zachowajmy spokój

Mamy tendencję do patrzenia na dzikie zwierzęta przez pryzmat wierszy Jana Brzechwy i podobne opowieści o złych wilkach oraz dzikach. zwierzęta przez pryzmat wiersza Jana Brzechwy. – Owszem, dzik jest dziki, ale nie jest zły. Dzikie zwierzę, mając drogę ucieczki, oddali się – mówi nam Szczepka.

Również radna nawiązuje do utartych „prawd”, iż najbardziej niebezpieczna jest locha z młodymi czy ogólnego strachu przed dzikiem, podobnie, jak przed wilkiem. Takie mity należy rozbrajać. – Powinniśmy mieć instruktaże, jak segregować śmieci, ale też jak się zachować, jak już spotkamy dzika.

Dr Skrzypczyński ostrzega: – Dziki zawsze powinniśmy traktować z ostrożnością, jako zwierzęta dzikie, których zachowania nie da się nigdy przewidzieć. Ale dane o poważnych atakach wskazują, iż są to rzadkie sytuacje. Najnowsze badanie na ten temat pokazuje, iż w latach 2000-2019 na całym świecie nie było ani jednego udokumentowanego ataku dzika w mieście ze skutkiem śmiertelnym. Natomiast sytuacje takie miały miejsce na obszarach wiejskich, głównie w Azji (ponad połowa w samych Indiach). W większości jest to de facto obrona, a nie tak – sytuacje, gdy dzik jest płoszony, ranny lub osaczony.

Mieszkańców edukuje także wspomniany już Kraków. W stolicy Małopolski funkcjonuje specjalny zespół ds. dzików przy prezydencie miasta. I choć działa z umiarkowanymi efektami, a mieszkańcy często skarżą się dzikie zwierzęta, to do skrzynek na listy trafił niedawno specjalny poradnik przygotowany przez Stowarzyszenie Akcja Ratunkowa dla Krakowa. Jego autorzy tłumaczą skąd dziki wzięły się w miastach i co robić, żeby ograniczać ich obecność w gęsto zaludnionych obszarach.

Uwaga na psy

– Miasta dziś posługują się liczbą zgłoszeń o sytuacjach niebezpiecznych, ale w relacjach ludzi nie zawsze zachowanie dzika nazywane atakiem faktycznie nim jest. Oczywiście obaw mieszkańców nie należy ignorować. Wiem też o przypadkach hospitalizacji i one pokazują nam, iż zagrożenie w pewnym stopniu istnieje. Musimy jednak rzetelnie oceniać jego skalę, posiłkując się zweryfikowanymi danymi – zaleca dr Skrzypczyński.

Problemem może być jego spotkanie z psem, więc zaleca się wyprowadzanie ich na smyczy w miejscach, w których występują dziki. – Natomiast jeżeli jesteśmy z psem, to absolutnie nie wolno dopuścić do tego, by pies osaczał dziki czy je atakował. Dla dzików pies jest zagrożeniem i będą w takiej sytuacji się broniły, co kończyło się już śmiercią psów – dodaje.

Najlepszy sposób na uniknięcie spotkania? – Dajmy znać zwierzętom, iż jesteśmy. Mówmy do siebie, zakaszlmy. Dzik, który wcześniej nas usłyszy, oddali się zanim go zobaczymy – mówi Szczepka.

Presja działa

Zdaniem radnej kluczowa jest presja społeczna i jasny sygnał od polityków, jakie są potrzeby i jak gwałtownie mogą być wprowadzone konkretne działania. – W dobie przeróżnych dezinformacji i mitów bardzo ważne jest posiadanie planu komunikacji, wdrażanie go i stosowanie pakietu rozwiązań.

Wilanów, Praga Południe czy Wola to dzielnice, gdzie burmistrzami są radni Sejmiku Wojewódzkiego, realnie mający wpływ na kształtowanie polityki wojewódzkiej. – Poza tym to Pan Prezydent m.st. Warszawy powinien kontaktować się z innymi miastami, jak np. z Barceloną, a nie radni miejscy – mówi nam Szczepańska.

Jak dodaje, prezydent Trzaskowski kontaktował się z ministerstwami i instytucjami rządowymi w sprawie dopuszczenia antykoncepcji dla dzików. Kierował też zapytanie, czy Warszawa może zostać wykreślona z ograniczeń ASF, ale jedno ani drugie nie przyniosło efektu. Podobne działania podejmował prezydenta Krakowa. – Chcemy wiedzieć, jaka populacja w mieście jest tą docelową i jak zapanować nad tym, żeby dziki żyły w lesie – dodaje Szczepańska.

Nowy element miejskiego krajobrazu?

I choć część mieszkańców martwi obecność dzików pod oknami bloków, to na drugim biegunie są ci, którzy zdają się akceptować sytuację i chętnie stosują się do zaleceń z licznych akcji edukacyjnych.

Często pojawiają się też głosy w obronie zwierząt, a jednym z argumentów, szczególnie na grupach dyskusyjnych nowych osiedli peryferyjnych, jest to, iż „one były tu pierwsze i powinniśmy to uszanować”.

Jednym z przykładów niecodziennego podejścia do dzików jest to prezentowane przez społeczność osiedla Podwawelskiego w Krakowie. Dzik stał się nieoficjalnym symbolem tego rejonu, a niektóre z nich doczekały się własnych imion. Prym wiedzie tu „Stefan”, który według mieszkańców żeruje na terenie osiedla nieprzerwanie od 2021 roku. Był choćby pomysł wydania lokalnych gadżetów z jego podobizną, powstawały też wiersze, a mieszkańcy informują się wzajemnie o tym, gdzie aktualnie można spotkać osobniki.

Screen z grupy „Osiedle Podwawelskie dla Mieszkańców”/Facebook.

Zdjęcie tytułowe: TinnitusSound/Pixabay

Idź do oryginalnego materiału