Mimo wstrząsów klimatycznych i wojen, globalna turystyka odnotowała rekordową liczbę ponad 1,5 miliarda przyjazdów w 2025 roku. Apetyt na podróże rośnie, ale w okresie wakacyjnym podczas podróży coraz częściej musimy liczyć się z intensywnymi pożarami
Wakacje w cieniu pożarów
– To było początkiem sierpnia. W drodze z okolic Walencji do Włoch jechaliśmy przez Francję. Praktycznie całą trasę, czyli kilkaset kilometrów, w powietrzu unosiło się coś, co początkowo wydawało się mgłą. Okazało się, iż to był dym, a mocny zapach spalenizny wdzierał się do samochodu cały ten czas – wspomina swoje wakacje Przemysław.
W tym roku, podobnie jak w ubiegłych latach, potężne pożary nawiedziły popularne kierunki turystyczne, takie jak Grecja, Hiszpania, Włochy czy Francja. Od początku roku w Europie spłonęło ponad 600 tys. hektarów terenu, przebijając wynik z 2025 r. (dane z 20 sierpnia 2026).
“Wszystko wskazuje na to, iż 2026 rok może być jednym z najbardziej ekstremalnych sezonów pożarowych w ciągu ostatnich 24 lat” – wynika z prognoz Serwisu Monitoringu Atmosfery Copernicus (CAMS – Copernicus Atmosphere Monitoring Service). Pożary lasów, które od początku sezonu nawiedzały kilka państw Europy Południowo-Zachodniej, naraziły miliony ludzi na wyjątkowo złą jakość powietrza, a setki tysięcy osób zostały ewakuowane. By pomóc państwom członkowskim w walce z żywiołem, Unia Europejska uruchomiła Mechanizm Ochrony Ludności, w ramach którego do obszarów objętych zagrożeniem wysłano kolejne zastępy straży pożarnej i śmigłowce gaśnicze.
Chociaż zdecydowana większość pożarów wywoływanych jest działalnością człowieka, to eksperci nie mają wątpliwości – zmiany klimatu sprawiają, iż sezony pożarowe są dużo dotkliwsze.
– Pożary w okresie letnim w południowej Europie nie są zjawiskiem nowym. Wysokie temperatury, susza i silny wiatr od lat powodują podwyższone zagrożenie pożarowe. Natomiast obserwujemy, iż wraz ze zmianami klimatu problem staje się poważniejszy, a pożary mogą być częstsze, bardziej intensywne i trudniejsze do opanowania – komentuje Katarzyna Turosieńska, rzeczniczka prasowa Polskiej Izby Turystyki pytana przez SmogLab.
Przemysław, z którym rozmawialiśmy o jego wakacyjnej, kilkutygodniowej podróży po Hiszpanii, Francji i Włoszech, wspomina, iż wspólnie z rodziną nie zdecydowali się rezygnować z wyjazdu, bo szczęśliwie trafili na regiony, w których zagrożenie nie było bezpośrednie. Zdarzały się jednak sytuacje, w których pożary dawały o sobie znać.
– Bywały dni, w których helikoptery gaśnicze nabierały wodę z zatoki, nad którą się znajdowaliśmy. Innym razem w wiadomościach widziałem płonące łąki, zaledwie 150 km od nas. Na jednej ze stacji benzynowych widzieliśmy też jakieś kilkanaście wozów strażackich, jeżdżących wte i wewte – wspomina.
- Czytaj także: Toksyczny ślad wojny. Dym, azbest i metale ciężkie pozostają na dekady
Wpływ na branżę turystyczną
Rzeczniczka Polskiej Izby Turystyki podkreśla, iż turyści coraz częściej uwzględniają nie tylko cenę, pogodę czy standard hotelu, ale również kwestie bezpieczeństwa klimatycznego, co nie oznacza jednak, iż rezygnują z wyjazdu do konkretnych państw. Bardziej prawdopodobne jest elastyczne reagowanie na sytuację w konkretnym regionie: zmiana hotelu, miejscowości, terminu czy części kraju.
W jej opinii nie można w tej chwili mówić o masowej zmianie kierunków wakacyjnych wśród Polek i Polaków – wciąż chętnie wybieramy kraje basenu Morza Śródziemnego. Zwraca jednak uwagę, iż należy wyraźnie odróżnić pożar w danym kraju od pożaru obejmującego konkretny region czy miejscowość.
– W turystyce bardzo ważna jest proporcja. Nie powinniśmy ani lekceważyć zagrożenia, ani go nadmiernie generalizować. o ile pożar występuje w jednej części dużego kraju, nie oznacza to automatycznie, iż cały kraj stał się niebezpieczny dla turystów – wyjaśnia Turosieńska i dodaje:
– To niezwykle ważne, ponieważ przekaz medialny bywa siłą rzeczy skrótowy. Słyszymy „pożary w Hiszpanii” albo „pożary w Grecji”, podczas gdy w praktyce problem może dotyczyć określonego fragmentu kraju, wyspy czy regionu, a setki kilometrów dalej ruch turystyczny odbywa się zupełnie normalnie – dodaje.
Dopytujemy, czy i jak sezonowe pożary odbijają się na biznesie turystycznym. Turosieńska zaznacza, iż w tej kwestii również należy uważać na generalizację, jednak nie ma wątpliwości, iż konsekwencje ponoszą przede wszystkim przedsiębiorcy działający bezpośrednio na obszarze dotkniętym pożarem.
– o ile konieczna jest ewakuacja miejscowości, zamknięcie drogi, lotniska czy atrakcji turystycznej, konsekwencje ekonomiczne są bardzo konkretne. Dotyczą hoteli, gastronomii, przewoźników, organizatorów turystyki, lokalnych atrakcji i całego łańcucha przedsiębiorców utrzymujących się z ruchu turystycznego – komentuje.
Co więcej, dramatyczne obrazy z pożarów, które obserwujemy w mediach, mogą wpływać na wizerunek choćby całego kraju.
– To może powodować nieuzasadnione obawy i rezygnację z podróży również do miejsc oddalonych od pożaru o setki kilometrów – dodaje Turosieńska, wskazując jednocześnie, iż kluczowa jest tutaj odpowiedzialna i precyzyjna komunikacja: gdzie dokładnie występuje pożar, jaki obszar obejmuje, czy dotyczy miejscowości turystycznych, jakie są zalecenia służb i czy wpływa na transport oraz funkcjonowanie infrastruktury turystycznej.
„Ekstremalne zjawiska to spadek zainteresowania turystów”
W rzeczywistości zachowania turystów istotnie odbiegają jednak od deklaracji, wobec czego spadki ruchu turystycznego są mniejsze od zapowiadanych – najczęściej rzędu kilku procent w kilku kolejnych latach po pożarze. Wynika to z badań prowadzonych w poszczególnych państwach (jak dotąd wpływ pożarów na turystykę nie był przedmiotem badań naukowych w Polsce), o czym przekonuje dr Andrzej Stasiak z Wydziału Nauk Geograficznych Uniwersytetu Łódzkiego.
– Generalnie przyjmuje się, iż ekstremalne zjawiska naturalne pociągają za sobą powszechny spadek zainteresowania turystów miejscem, w którym dane wydarzenie miało miejsce; jednak nigdy nie spada ono do zera. Różnice są widoczne w zależności od miejsca i rodzaju zjawiska – stwierdza w rozmowie ze SmogLabem dr Stasiak.
Dodaje przy tym, iż wpływ pożaru na lokalną gospodarkę rozciąga się na kilka lat, ale by oszacować straty ekonomiczne, należy wziąć pod uwagę pięć wskaźników:
- koszty gaszenia pożarów,
- uszkodzenia infrastruktury (tj. koszty odtworzenia),
- zniszczenia obszarów naturalnych/przyrodniczych ( gatunki, siedliska, ekosystemy),
- straty lokalnej społeczności ( życie, zdrowie, domy i jakość życia),
- przedsiębiorstwa (załamanie lokalnej gospodarki, w tym biznesu turystycznego).
– Relacje medialne o pożarach odstraszają turystów, którzy wybierają inne destynacje i mogą już nie wrócić w dane miejsce, a ponowne ich przyciągnięcie będzie wymagało kosztownych zabiegów marketingowych. Odtworzenie infrastruktury turystycznej może być bardzo kosztowne i czasochłonne. Najdłużej trwa regeneracja przyrody – odtwarzanie naturalnych ekosystemów to nie lata, a dekady – mówi.
- Czytaj także: Co miesiąc dzieci „palą” tu 340 papierosów. Walczą, by to zmienić
Pożary to poważne ryzyko dla zdrowia
Ryzykiem nie jest jednak jedynie bezpośredni kontakt z ogniem. Dym z pożarów lasów i pól potrafi pokonywać tysiące (!) kilometrów, nierzadko wykraczając poza granice kraju, powodując poważne konsekwencje dla zdrowia, których doświadczają mieszkańcy całych regionów.
Tak jest w przypadku płonących lasów Kanady – dym wdziera się w głąb Stanów Zjednoczonych, zagrażając choćby marce “Pure Michigan” (przygranicznemu stanowi, słynącemu z czystego powietrza i środowiska).
– To lato było dla mnie sygnałem ostrzegawczym: w moim budynku unosił się zapach ogniska – mówi mi Paige Fischer z Uniwersytetu Michigan, która bada reakcje ludzi na dym z pożarów lasów. – A ludzie nie zdają sobie sprawy, iż to prawdopodobnie stanie się nową normą– czytamy na łamach Financial Times.
Co więcej, gdy dym dociera nad obszary miejskie i napotyka niesprzyjające warunki meteorologiczne, takie jak brak wiatru, dochodzi do kumulacji pyłów, jeszcze pogarszając sytuację już i tak walczących ze smogiem miejscowości.
– Zanieczyszczenie powietrza pyłem zawieszonym (PM2,5) stanowi istotny i narastający czynnik ryzyka dla zdrowia publicznego, który wymaga maksymalnej uwagi w obliczu jego rosnącego znaczenia, wynikającego ze zmian klimatu oraz towarzyszącego im wzrostu częstotliwości i intensywności występowania pożarów – mówi dla SmogLabu jedna z najwybitniejszych na świecie badaczek i badaczy jakości powietrza, prof. Lidia Morawska z Uniwersytetu Technologicznego w Queensland.
Dym z pożaru wpływa m.in. na udary mózgu
W Polsce – i nie tylko – wciąż niewielki odsetek społeczeństwa ma świadomość wpływu dymów z pożarów lasów na zdrowie. Tymczasem badania pokazują, iż długotrwałe wdychanie dymu pożarowego zwiększa ryzyko udaru mózgu – bardziej niż zanieczyszczenia z transportu czy ogrzewania budynków. Ten typ dymu posiada bowiem więcej ultradrobnych cząstek i toksycznych związków niż smog występujący w miastach.
“Dane naukowe pokazują, iż krótkotrwałe wzrosty zanieczyszczeń powietrza, w tym np. na skutek zadymienia związanego z pożarami, wiążą się ze zwiększoną liczbą hospitalizacji z powodu zaostrzeń chorób układu oddechowego, zawału serca lub udaru mózgu. Zjawisko to jest szczególnie nasilone wśród osób starszych i obciążonych chorobami przewlekłymi” – pisaliśmy na łamach naszego portalu.
- Czytaj więcej: Dym, który atakuje mózg. Pożary lasów groźniejsze niż miejski smog
Prof. Lidia Morawska podkreśla, iż w wielu regionach świata obserwuje się wzrost zanieczyszczenia powietrza, powodowany postępującymi zmianami klimatu i prowadzący do częstszych pożarów.
– Jest mało prawdopodobne, by ten czynnik ryzyka osłabł, ponieważ skutki zmian klimatu – potęgowane przez rosnące zanieczyszczenie powietrza – będą się utrzymywać i prawdopodobnie zniwelują efekty redukcji emisji pochodzących ze spalania, niwecząc tym samym postępy poczynione w ograniczaniu antropogenicznego wpływu na jakość powietrza – wyjaśnia.

2 godzin temu











