Osiem lat staliśmy razem pod sądami. Dziś pożegnałem Janusza

opowiecie.info 1 godzina temu

Dziś odprowadziłem Janusza Maksyma na cmentarz. I ciągle trudno mi napisać: zmarł.

Poznałem Go zaledwie 10 lat temu, z których osiem staliśmy razem na ulicy pod opolskimi sądami. Najpierw przez wiele tygodni w każdy piątek. Później osiemnastego dnia każdego miesiąca, w Dniu Solidarności z Represjonowanymi Sędziami.

Osiem lat to cholernie dużo czasu. Wystarczająco dużo, żeby przestać liczyć spotkania. Żeby czyjaś obecność stała się czymś oczywistym. Przychodzisz pod sąd i wiesz, kto będzie. Nie trzeba się umawiać. Nie trzeba dzwonić. Janusz będzie.

No więc – gdyby trzeba było – Janusza już nie będzie. I właśnie z tym najtrudniej się pogodzić.

Staliśmy razem w deszczu, na mrozie i w upale. Bywało nas wielu. Bywało kilkanaście osób. Czasem jeszcze mniej. Bywały kamery i politycy, a potem kamer nie było, politycy mieli ważniejsze sprawy, ludzie się zmęczyli.

Janusz się nie zmęczył. A może się męczył. Pewnie tak. Ale przychodził. To jest zasadnicza różnica.

Nie był człowiekiem wielkich przemówień. Niezbyt często zabierał głos, bo bardzo się emocjonował. Widziałem to wiele razy. Chciał powiedzieć wszystko naraz, bo wszystko było dla niego ważne. Czasem głos nie nadążał za emocjami. Ale kiedy Janusz mówił, to mówił. Nie udawał. Nie ważył słów pod sondaże. Nie zastanawiał się, komu się narazi. Nie miał przygotowanego przez specjalistę przekazu dnia. Mówił to, co miał w głowie i w sercu. Czasem ostro. Czasem nieporadnie. Zawsze uczciwie.

Janusz miał kręgosłup. „Niewyginalny”. Dzisiaj to prawie wada. W czasach, w których ludzie potrafią rano mieć zasady, w południe je skorygować, a wieczorem tłumaczyć, iż adekwatnie nigdy ich nie mieli, Janusz był jakiś niedzisiejszy. Wiedział, po której stronie stoi. I stał. Dosłownie. Pod sądem. Przez osiem lat.

Dzisiaj był pogrzeb. Dziwny pogrzeb. Tak sobie pomyślałem, stojąc tam wśród ludzi.

Kolorowy.

Nie przyszliśmy wszyscy ubrani na czarno. Tak chcieli bliscy Janusza. I mieli rację. Janusz przecież sam zawsze ubierał się kolorowo.. Dzisiaj te kolory przyszły za nim na cmentarz.

Pomyślałem o Săpâncie w Rumunii. O Wesołym Cmentarzu, który kiedyś widziałem. Tam śmierć nie zamienia człowieka w anonimową czarną postać. Zostawia mu jego historię, charakter, czasem uśmiech. Tak było dzisiaj z Januszem.

Było smutno. Cholernie smutno. Ale było po jego stronie. Kolorowo.

Patrzyłem na ludzi i myślałem o tych naszych ośmiu latach. O wszystkich piątkach. O osiemnastych dniach miesiąca. O transparentach, przemówieniach, okrzykach. O tym, ile razy człowiek zadawał sobie pytanie: po co znowu tam iść?

Janusz odpowiadał na to pytanie najprościej. Przychodził.

I chyba dopiero dziś zrozumiałem, jak wielką rzeczą jest zwykła obecność. Bez medalu, funkcji, pieniędzy. Bez pewności, iż się wygra. Być tam, gdzie według własnego sumienia być trzeba.

Janusz Maksym był porządnym człowiekiem.

Piszę to i wiem, iż brzmi skromnie. Może choćby za skromnie jak na pożegnanie. Ale ja naprawdę nie znam większego tytułu. Porządny człowiek. Coraz mniej takich spotykam.

Janusz, dziękuję Ci za te osiem lat. Za wszystkie piątki. Za wszystkie osiemnaste. Za to, iż kiedy przychodziłem pod sąd, byłeś. Dzisiaj Cię pożegnałem.

Będzie mi Ciebie, cholera, brakowało.

Fot. Kapitan, Barbara Skórzewska

Idź do oryginalnego materiału