Offshore nie wystarczy. Bez wiatraków na lądzie się nie uda

1 godzina temu

Pierwszy prąd z Bałtyku popłynął do sieci w lipcu, a Baltic Power ruszy z pełną mocą pod koniec roku. To jednak dopiero początek listy, którą Polska ma do odrobienia. Zgodnie z krajowym planem w dziedzinie energii i klimatu w 2040 r. same morskie farmy mają mieć niemal 18 GW mocy i odpowiadać za ponad jedną piątą produkowanej energii. Do tego moc wiatraków na lądzie musi wzrosnąć niemal trzykrotnie. Na razie rozwój zwolnił, a branża wskazuje na bariery, których nie usunął choćby czerwcowy podpis prezydenta pod nową ustawą.

Ile ma być, a ile jest

– Baltic Power to pierwsza z kilku farm wiatrowych na morzu, które są w tej chwili w budowie. Jej moc ma wynieść 1,2 GW, z kolei moc wszystkich farm, które mają pracować w 2030 roku, ma wynieść ok. 5,9 GW – mówi Kacper Kwidziński z Forum Energii, pytany przez SmogLab. – Kolejne projekty już są rozwijane, a KPEiK w scenariuszu WAM (bardziej ambitny – red.) przewiduje, iż w 2040 roku będzie ich już niemal 18 GW i mają odpowiadać za ponad 1/5 produkowanej energii w Polsce.

Dla porównania: cała krajowa moc zainstalowana w elektrowniach węglowych to dziś ok. 30 GW. Morski wiatr ma więc w ciągu piętnastu lat urosnąć do ponad połowy tej wartości.

  • Czytaj także: Dwa miesiące Baltic Power. „Bałtyk będzie naszym Bełchatowem”

Na lądzie punkt wyjścia jest znacznie wyższy. Mamy ponad 11 GW mocy w lądowej energetyce wiatrowej, a w 2025 r. wiatraki odpowiadały za około 14 proc. wyprodukowanej energii elektrycznej. KPEiK zakłada, iż w 2040 r. ta moc będzie niemal trzykrotnie większa.

– To pokazuje, iż potencjał lądowej energetyki wiatrowej w Polsce przez cały czas jest ogromny – zwraca uwagę nasz rozmówca.

Problem w tym, iż w pierwszej połowie tego roku rozwój energetyki wiatrowej zwolnił.

  • Czytaj także: Podróż po kraju, który stawia na OZE. Wiatraki aż po horyzont

Czy nie lepiej postawić wszystko na morze?

Największe emocje budzą wiatraki stawiane w pobliżu zabudowań. Stąd pytanie, które pojawia się w debacie publicznej regularnie: skoro offshore rusza, to może odpuścić sobie ląd i budować tylko daleko od ludzi?

– Dla bezpiecznego systemu ważna jest dywersyfikacja źródeł, w tym rozwój energetyki wiatrowej, zarówno lądowej, jak i morskiej. choćby pomijając kwestie techniczne, takie jak możliwość przesłania energii z morza do różnych obszarów Polski czy dostępność obszarów pod inwestycje, nie możemy po prostu „dać sobie spokój” z wiatrakami na lądzie – odpowiada Kwidziński.

Jak wylicza, sektor wspomaga rozwój gospodarczy i budowę infrastruktury, daje miejsca pracy, umożliwia elektryfikację, rozwija kompetencje, obniża emisyjność gospodarki, daje dostęp do tańszej energii i uniezależnia od importu paliw.

Jest też argument, o którym mówi się rzadziej: udział krajowych firm. KPEiK zakłada 60 proc. komponentu krajowego dla wiatraków lądowych i 40 proc. dla offshore. Innymi słowy, przy inwestycjach na lądzie znacznie większa część pieniędzy zostaje w polskiej gospodarce.

  • Czytaj także: Czy za suszę w Polsce odpowiadają wiatraki? Sprawdzamy tezę Ziemkiewicza

Co blokuje inwestycje

W czerwcu prezydent podpisał ustawę, która ma skrócić proces inwestycyjny.

– Mimo politycznych napięć wokół energetyki wiatrowej, w czerwcu prezydent podpisał ustawę umożliwiającą równoległe procedowanie procedury planistycznej oraz środowiskowej. To może znacznie skrócić proces inwestycyjny. Ma ona wejść w życie z początkiem 2027 roku – mówi ekspert Forum Energii.

To jednak nie usuwa wszystkich przeszkód. – przez cały czas istnieją bariery takie jak spór na tle interpretacji minimalnej odległości inwestycji od zabudowań czy ograniczenia wojskowe – dodaje Kwidziński.

Pierwsza sprawa dotyczy słynnej zasady 10H, złagodzonej w 2023 r. do 700 metrów. Wokół tego, jak liczyć tę odległość i do czego dokładnie się odnosi, wciąż realizowane są spory interpretacyjne. Druga to obszary wyłączone z inwestycji ze względów obronnych, których w warunkach napięcia geopolitycznego raczej nie będzie ubywać.

Drogie, ale konkurencyjne

Morskie farmy mają nad lądowymi jedną wyraźną przewagę: wiatr.

– Obszary morskie charakteryzują się bardzo dobrymi warunkami wietrznymi. Z tego powodu stopień wykorzystania morskich farm wiatrowych powinien być wyższy niż wiatraków na lądzie – tłumaczy Kwidziński. – Po wybudowaniu morska farma wiatrowa może pracować przez około 25–30 lat bez konieczności zakupu paliwa, dzięki czemu koszt wytwarzania energii nie jest bezpośrednio uzależniony od światowych cen gazu, węgla czy ropy.

Mają też wadę: cenę. Instalacja fundamentów i turbin, wynajem portów i statków, badania dna morskiego, wyprowadzenie mocy na ląd, transport łopat i gondol – to wszystko sprawia, iż budowa farmy na morzu kosztuje znacznie więcej niż na lądzie. Sam Baltic Power to inwestycja rzędu 20 mld zł.

– Mimo wyższych nakładów inwestycyjnych energia z nowych farm offshore może być konkurencyjna kosztowo wobec produkcji z części jednostek węglowych, szczególnie po uwzględnieniu kosztów emisji CO2. To pozwoli na ograniczenie pracy drogich i emisyjnych jednostek – ocenia ekspert.

Warto przy tym zestawić te 20 mld zł z inną kwotą. – W 2025 roku Polska zapłaciła ponad 100 mld zł za import paliw, ropy naftowej, gazu i węgla. Energia elektryczna z lądowych jak i morskich farm wiatrowych jest wolna od tego typu uzależnień i pomaga je redukować, co pozwala budować bezpieczeństwo energetyczne w Polsce – podsumowuje Kwidziński.

Ujmując to jeszcze prościej: koszt jednej morskiej farmy to jedna piąta tego, co przez rok wydajemy na sprowadzanie paliw z zagranicy. Z tą różnicą, iż farma pracuje przez kolejne trzy dekady.

  • Czytaj także: Raport: Wiatraki napędzają inwestycje i wspierają budżety gmin

Zdjęcie tytułowe: shutterstock/fokke baarssen

Idź do oryginalnego materiału