Zużyty premier. Dlaczego w PiS nie ma już miejsca dla Morawieckiego?

22 godzin temu
Zdjęcie: Morawiecki


Mateusz Morawiecki stoi dziś na politycznym rozdrożu, choć adekwatnie należałoby powiedzieć: na poboczu. W Prawie i Sprawiedliwości, partii, której przez lata był twarzą „nowoczesności” i technokratycznego zarządzania, coraz wyraźniej nie ma już dla niego miejsca. A jeżeli jest – to wyłącznie w roli wygodnego kozła ofiarnego. Pytanie „co teraz zrobi Morawiecki?” jest więc w istocie pytaniem o kondycję całego obozu PiS i o to, jak Jarosław Kaczyński rozlicza swoich dawnych faworytów.

Morawiecki przez długi czas był projektem prezesa. Bankowiec, menedżer, poliglota – idealny premier na eksport, mający przykryć ideologiczną toporność PiS-u w Brukseli i na rynkach finansowych. Kiedy jednak przyszło do realnej odpowiedzialności za państwo, projekt się wypalił. Gigantyczny wzrost zadłużenia, kreatywna księgowość funduszy pozabudżetowych, chaos w czasie pandemii, kompromitacja Polskiego Ładu – to bilans, którego nie da się już zamieść pod dywan.

Dziś Morawiecki próbuje udawać, iż był tylko wykonawcą poleceń. W półsłówkach sugeruje, iż „takie były decyzje polityczne”, iż „wtedy liczyła się stabilność”. To wygodna narracja, ale mało wiarygodna. Przez lata był jednym z najbardziej lojalnych żołnierzy Prawo i Sprawiedliwość, firmując własnym nazwiskiem decyzje, które dziś ciążą partii jak kamień u szyi. Nie był zakładnikiem – był współautorem.

Problem polega na tym, iż w PiS lojalność działa tylko w jedną stronę. Jarosław Kaczyński nie ma w zwyczaju bronić tych, którzy przestali być użyteczni. Morawiecki przegrał wybory, nie dowiózł „trzeciej kadencji”, a do tego stał się symbolem finansowego chaosu. W partyjnych kuluarach coraz częściej słychać, iż „obciąża”, iż „ciągnie w dół”, iż „trzeba się odciąć”. Prezes nie mówi tego głośno, ale milczenie bywa wymowniejsze niż publiczna nagana.

Sam Morawiecki zdaje się jeszcze łudzić, iż odegra jakąś rolę w przyszłości PiS: może jako ekspert od gospodarki, może jako kandydat na międzynarodowe stanowisko, a może jako autor „nowego otwarcia”. To złudzenia. PiS nie nagradza samodzielności ani refleksji. Nagradza bezwarunkowe posłuszeństwo – a choćby ono nie gwarantuje bezpieczeństwa. Historia tej partii pełna jest polityków, którzy „byli ważni”, a potem znikali bez śladu.

Kryzys Morawieckiego jest też kryzysem całego PiS. Partia Kaczyńskiego znalazła się w stanie wewnętrznej zapaści: bez wizji, bez wiarygodnej oferty programowej, za to z rosnącą potrzebą rozliczeń i szukania winnych. Najłatwiej wskazać byłego premiera. To on „przepalił pieniądze”, „zepsuł relacje z UE”, „nie dowiózł obietnic”. Tyle iż Morawiecki był tylko najbardziej widoczną twarzą systemu stworzonego przez Kaczyńskiego.

I tu dochodzimy do sedna. jeżeli w PiS nie ma już miejsca dla Morawieckiego, to dlatego, iż partia nie jest zdolna do uczciwej autorefleksji. Wyrzucenie jednego trybiku ma stworzyć iluzję zmiany. Tymczasem problemem nie jest Morawiecki jako osoba, ale model władzy oparty na centralizacji decyzji, pogardzie dla instytucji i przekonaniu o własnej nieomylności prezesa.

Co więc zrobi Morawiecki? Może próbować przeczekać, licząc na amnezję elektoratu. Może szukać miękkiego lądowania poza polityką – w międzynarodowych think tankach albo biznesie. A może napisze książkę, w której „opowie prawdę”. Cokolwiek wybierze, jedno jest pewne: w PiS nie czeka go już przyszłość. A to najlepszy dowód na to, jak bezwzględna i krótkowzroczna jest polityka partii, która swoich ludzi zużywa, a potem bez żalu wyrzuca.

Idź do oryginalnego materiału