Betonowe place, wycinane drzewa i kolejne osiedla reklamowane jako „zielone”, choć wokół dominują kostka brukowa i asfalt. Zdaniem ekspertów betonoza nie jest efektem jednej złej decyzji, ale konsekwencją sposobu planowania miast, przepisów i ekonomicznych interesów. Urbanista oraz architektka wyjaśniają, skąd bierze się to zjawisko i co trzeba zmienić, by polskie miasta lepiej radziły sobie z upałami.
Polskę ogarnęła kolejna fala upałów, a kulminacja nadeszła właśnie dzisiaj. W niektórych miejscach temperatury dochodzą do niemal 40 st. C w cieniu. Najbardziej odczuwają to mieszkańcy zabetonowanych miast, w których najciężej znieść takie warunki.
Betonoza zaczyna się od sposobu myślenia
Niedawno na łamach SmogLabu pokazaliśmy inspekcję termowizyjną prowadzoną na Starym Rynku w Częstochowie, gdzie podczas czerwcowych upałów doszło do wielokrotnego pęknięcia płyt nawierzchni rynku.
– Swoją rolę mogły odegrać dwa czynniki – po pierwsze brak wystarczających przerw-szczelin pomiędzy płytami ułożonymi na rynku. To uniemożliwiało im tzw. swobodną pracę podczas skrajnie wysokich temperatur. Wskutek tego płyty zaczęły pękać – mówi Hubert Pietrzak z Częstochowskiego Alarmu Smogowego, który wykonał badania termowizyjne.
Drugi czynnik, który ma na myśli, to widoczna w termowizji różnica temperatur i wilgotności w okolicy znajdującej się tam fontanny. Jak dodaje, to również skutkuje niekontrolowanym przemieszczaniem się płyt.
– Wykonawca ze “zrewitalizowanego” Starego Rynku w Częstochowie, pominął fakt ocieplenia klimatu i jego skutków. Widać to jak na dłoni w naszym mieście, które zastąpiło drzewa betonem. Gdyby w bezpośredniej okolicy obecnych pęknięć przez cały czas były drzewa, nigdy by nie doszło do zniszczeń.
Pęknięcia nawierzchni na Starym Rynku w Częstochowie. Fot. CzASJaką rolę odgrywają drzewa w miastach i dlaczego samorządy ją ignorują?
Joanna Chrapońska, architektka i była prezeska Stowarzyszenia Architektów Polskich (SARP) Oddział Częstochowa mówi nam, iż odwrócenie skutków betonozy będzie procesem wieloletnim.
– Do „zabetonowania” polskich miast nie doszło w ciągu jednego dnia, więc również w trakcie jednego dnia to się nie odstanie.
Dr Łukasz Drozda, urbanista i politolog z Uniwersytetu Warszawskiego, autor licznych publikacji na temat projektowania przestrzeni, przekonuje, iż źródeł betonozy należy szukać przede wszystkim w sposobie myślenia o rozwoju miast.
– Miasta były projektowane w różnych epokach i miały spełniać różnorodne funkcje. Gdybym miał skoncentrować się na współczesności to największym problemem zdaje się fakt, iż nie widzimy różnicy między rozwojem a wzrostem.
Jak tłumaczy, przekłada się to bezpośrednio na sposób prowadzenia inwestycji.
– Myślą w kategoriach wykazania się rozliczonymi projektami, a w tym kontekście głównie o wylewaniu betonu, zamiast skupić się na rozwiązaniach wymagających mniejszych nakładów finansowych i nierzadko choćby skuteczniej rozwiązujących część problemów – mówi urbanista.
- Czytaj także: Beton zamiast drzew. Badania termowizyjne pokazują jak nagrzewają się miasta
Zachęcać do zieleni
Zdaniem dr Drozdy projektowanie zieleni jest zwykle tańsze niż betonowanie przestrzeni. Nie daje jednak natychmiastowych efektów, które łatwo pokazać jako zakończoną inwestycję. Problemem pozostaje także brak odpowiednich zachęt do stosowania rozwiązań opartych na roślinności.
Kto powinien zachęcać? – Na poziomie legislacji należy inaczej zdefiniować kwestię powierzchni biologicznie czynnej. Już na etapie miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego można postulować, żeby teren niezabudowany był taką powierzchnią ze złożoną roślinnością, a nie np. nieustannie koszonym trawnikiem.
– Gdy po takim trawniku puścimy robota koszącego, który codziennie będzie przycinać trawę, to adekwatnie taka powierzchnia pod kątem różnorodności biologicznej kilka będzie się różnić od pustyni – przyznaje urbanista.
Czy fontanna spełnia swoje zadanie? Fot. CzAsBeton był symbolem postępu. Dziś priorytety się zmieniają
Dr Drozda zwraca uwagę, iż współczesnego podejścia do betonu nie da się zrozumieć bez historycznego kontekstu. – Niedawno sam usłyszałem o ciekawym i nieintuicyjnym – z europejskiego punktu widzenia – sposobie postrzegania betonu. Było to w Wiedniu, na największej konferencji socjologów miasta na świecie. Referent z Japonii powiedział, iż w jego kraju beton jest symbolem demokracji, która rozwijała się w jego ojczyźnie po II wojnie światowej. Upowszechnienie betonu miało pokazać, iż jest to budulec nie tylko dla elit, ale też dla ludu. To plastyczna technologia, powszechnie dostępna, symbol postępu technologicznego.
Do tego dochodzi historia modernizmu i związanego z nim sposobu budowania wykorzystującego technologie przemysłowe. – Beton ma szereg ograniczeń, ale w czasach dominacji modernizmu wytworzył się pewien system wartości nastawiony na wzrost, chociażby liczbę oddanych do użytku jednostek mieszkalnych, nikt natomiast nie myślał wtedy o ekologii.
Jak zauważa urbanista, dziś świadomość ekologiczna rośnie, choć wciąż budzi polityczne emocje.
– Teraz to się zmienia, choć zielone postulaty, z Zielonym Ładem na czele, to coś, czym się powszechnie straszy. I dotyczy to już nie tylko polityków prawicowych, ale też przynajmniej części centrowych. Z jakiegoś względu deweloperzy, reklamując swoje projekty starają się manipulować grafiką tak, żeby dostęp do zieleni wydawał się jak największy. Pandemia COVID-19 była pewnego rodzaju przebudzeniem, iż mamy za mały dostęp do zieleni, a za dużo betonu i zbyt ciasnych mieszkań.
Co może zatrzymać betonozę?
Zdaniem dr Drozdy potrzebne są zarówno zmiany systemowe, jak i większa świadomość decydentów.
– Te osoby można przecież zainspirować zabierając na wyjazd studyjny, pokazując dobre praktyki i szkoląc – zaleca.
Dodaje, iż choćby niewielkie inwestycje w zieleń mogą być sukcesem politycznym.
– Trudno jest otwierać oczy niektórym lokalnym politykom, ale z pewnością atrakcyjnym dla ich elektoratu osiągnięciem politycznym byłoby otwarcie choćby niewielkiego parku.
– W gęsto zabudowanych częściach miast nie zawsze jest miejsce na duże tereny zielone, dlatego coraz częściej pojawiają się parki kieszonkowe. Działanie wielotorowe, czyli „otwieranie” głów decydentom, presja wszelkiego rodzaju ruchów społecznych, wpływ społeczeństwa obywatelskiego poprzez pokazywanie dobrych przykładów i krytykę tych nieudanych.
Dalej nas praży i smaży? Receptą na żar z nieba są drzewa, które ograniczają ilość energii choćby o 90%, Dlatego chrońmy siebie i drzewa. Prosimy podpisujcie naszą petycję https://t.co/12cYHcpjX9 o pilne zmiany prawne w obronie drzew.
#PodajDalej
pic.twitter.com/OsvsjV9QG6
- Czytaj także: Miejskie wyspy ciepła. Jak z nimi walczyć? [10 wskazówek]
Presja społeczna ma sens
Urbanista podkreśla, iż Polska nie odstaje od Europy Zachodniej pod względem ilości zieleni.
– Wbrew pozorom jako Polska nie jesteśmy zacofani pod względem zieleni w miastach. W spadku po 89 r. dostaliśmy całkiem dużo obszarów zielonych. Podczas mojej niedawnej wizyty w Brukseli, a więc samym sercu Europy Zachodniej, zobaczyłem twardą, nieprzepuszczalną nawierzchnię na jednym z placów, a do tego donice i posadzone w nich rachityczne krzewy. Za to dobrym przykładem na naszym podwórku może być Plac Centralny w Warszawie, gdzie dzięki presji społeczników pierwotnie planowany betonowy placek stał się znacznie bardziej zielony – zauważa urbanista.
– Widzę tu dwa, może trzy rozwiązania, z czego pierwsze jest długofalowe – mówi Joanna nam Chrapońska.
Pierwszym z nich jest edukacja najmłodszych.
– Zmiana poglądów wśród dorosłych jest trudna, jednak jeżeli zaczniemy od pokazywania dzieciom dobrych rozwiązań i tłumaczenia, dlaczego roślinność w miastach jest tak ważna, to wychowamy bardziej świadome i proekologiczne pokolenia.
Architektka proponuje naukę przez zabawę oraz regularne angażowanie dzieci w akcje sadzenia drzew.
Plac Centralny w Warszawie. Fot. Biuro Infrastruktury/UM WarszawaKorytarze przewietrzania znikają pod zabudową
Następnym filarem zmian powinno być odpowiedzialne planowanie przestrzenne.
– Drugie rozwiązanie jest bardziej formalne. Ważne, żeby decydenci zrozumieli, iż interes jednostki nie zawsze jest tym najważniejszym. W urzędach miejskich zamiast polityki i działań nastawionych tylko na zysk (to znaczy sprzedaż działek, budowanie dużo i gęsto) powinna pojawić się prawdziwa polityka miejska. Tutaj z naciskiem na planowanie przestrzenne i przeciwdziałanie nadmiernemu zabudowywaniu i zabetonowywaniu miast.
Jednym z największych problemów są, jej zdaniem, zanikające korytarze przewietrzania.
– Dzisiaj przewietrzania nie ma, więc miasta się gotują. Między innymi dlatego powstają w nich tzw. miejskie wyspy ciepła.
Jak wyjaśnia, choć korytarze przewietrzania są uwzględniane w dokumentach planistycznych, w praktyce często przegrywają z presją inwestycyjną.
– To są często atrakcyjne, zielone tereny blisko centrów miast. Mamy więc grunty o wysokiej wartości, które mogą przynieść duży zysk deweloperom. Pojawiają się więc naciski inwestorów i właścicieli działek na władze miejskie, żeby na terenach korytarzy pozwolić na zabudowę. Każdy woli mieć konkretną wartość działki budowlanej, niż działkę „bezużyteczną”, przez którą przebiega korytarz przewietrzania miasta i nie da się jej wykorzystać adekwatnie do niczego innego.
Jak tłumaczy architektka, często to brak „twardej” ochrony korytarzy przewietrzania w miejscowych planach zagospodarowania przestrzennego sprawia, iż te korytarze są zabudowywane. Tracą na tym wszyscy mieszkańcy takich miast.
Zysk wciąż wygrywa z klimatem
Zdaniem Joanny Chrapońskiej problem dotyczy nie tylko wielkich inwestycji.
– Niestety teraz każde wolne miejsce w mieście jest zabudowywane. Szczególnie narażone są zielone enklawy w atrakcyjnych częściach miasta. Popularną praktyką jest wycięcie zieleni i zabetonowanie. Następnie deweloperzy z euforią reklamują takie osiedla jako zielone doliny itd.
– Wracając do planowania przestrzennego miasta – na przykład na konsultacjach dotyczących uchwalania planów miejscowych pojawiają się głównie właściciele działek, które ma objąć plan miejscowy. Pytają, dlaczego na swojej ziemi nie mogą postawić więcej budynków. Wszystko rozbija się o zyski. Brakuje świadomości i widać to choćby po ilości osób, które całkowicie pokrywają kostką brukową swoje tereny przydomowe.
Dodaje, iż również przy projektowaniu budynków zbyt mało uwagi poświęca się ich odporności na upały. Przy projektach domów i mieszkań przez cały czas zbyt małą uwagę przywiązuje się do stopnia ich nagrzewania się, doboru odpowiednich materiałów, powierzchni i parametrów przeszkleń czy koloru elewacji.
Małe zmiany mogą zrobić dużą różnicę
Architektka podkreśla jednak, iż rozwiązaniem nie jest całkowita rezygnacja z betonu.
– Zieleń w miastach jest bardzo ważna, ale całkowite zrywanie betonu i sadzenie zieleni nie jest złotym remedium na nagrzewanie się terenów. To dlatego, iż miasto musi pełnić swoje funkcje. Zacznijmy od małych parków kieszonkowych. Do samorządów apeluję, żeby pozwolili, a wręcz zachęcali mieszkańców do sadzenia krzewów w każdym wolnym skrawku miasta. Marzy mi się taka inicjatywa, która pomoże nam tak na upały, jak i na powodzie błyskawiczne.
Za przykład udanej rewitalizacji wskazuje ul. Chmielną w Warszawie, gdzie posadzono duże drzewa i odpowiednio zadbano o ich korzenie. Zwraca też uwagę na działania podejmowane w Łodzi.
Jednocześnie z ostrożnością ocenia niektóre współczesne projekty.
– W mojej rodzinnej Częstochowie zdziwienie budził pomysł na rewitalizację Placu Biegańskiego (główny plac w mieście), gdzie, chcąc retencjonować wodę zaproponowano … donice na betonie lub metalowe „drzewka” porośnięte bluszczem. Zobaczymy, jak zakończy się ten projekt i czy samorządy zrozumieją, na czym polega rzeczywista adaptacja do zmian klimatu – podsumowuje.
–
Zdjęcie tytułowe: Hubert Pietrzak

6 godzin temu










03.webp)





