Zakład ma prawników. Pracownik ma drżące ręce

1 godzina temu

Co dzieje się z człowiekiem, gdy pracodawca przestaje odpowiadać na pytania, a zaczyna bronić własnej wersji wydarzeń?

Przez sześć lat byłam częścią zakładu pracy. Nie numerem sprawy, nie „roszczeniową pracownicą”, nie kobietą, którą można opisać jednym słowem w aktach osobowych. Byłam człowiekiem,

który przychodził do pracy, wykonywał obowiązki i wierzył, iż publiczna instytucja istnieje także po to, by przestrzegać reguł, których wymaga od innych.

Dzisiaj walczę z tym zakładem przed sądami i organami kontrolnymi. Zakład ma dokumenty, stanowiska, prawników i możliwość tworzenia oficjalnej wersji wydarzeń. Ja mam teczkę pism, pogorszone zdrowie.

Prawa pracowników. Dlaczego w firmach panuje strach? Jak to zmienić? Adriana Rozwadowska, Rafał Górski

Nierówność sił nie zaczyna się na sali sądowej. Zaczyna się dużo wcześniej: w gabinecie, w którym jedna strona podejmuje decyzję, a druga dowiaduje się o niej po fakcie. W procedurze, która formalnie istnieje, ale nie daje pracownikowi realnego udziału. W odpowiedzi, w której instytucja zapewnia, iż wszystko sprawdziła, chociaż człowiek, którego dotyczy sprawa, przez cały czas nie czuje się choćby wysłuchany.

Najpierw zmieniano moje stanowiska i obowiązki. Rosło napięcie, lęk i poczucie, iż problemem nie są warunki pracy ani sposób zarządzania, ale ja sama. Człowiek długo potrafi przekonywać siebie, iż przesadza. Może jestem za wrażliwa? Może powinnam się bardziej postarać? Może wszyscy mają ciężko? Może to moja wina, iż przed wejściem do pracy moje ciało zachowuje się tak, jakby miało wejść na pole bitwy?

Tygodnik Spraw Obywatelskich

Od 2020 roku odkrywamy niewygodne prawdy i nagłaśniamy historie, które mają moc zmieniać Polskę.

Przekaż darowiznę i stań się naszym współwydawcą

Tak instytucja zaczyna mieszać w głowie pracownika. Nie musi już codziennie mówić mu, iż jest słaby. Po pewnym czasie człowiek robi to za nią. Zgłaszałam problemy dotyczące sposobu traktowania mnie, przygotowania do wykonywania obowiązków, bezpieczeństwa oraz nieprawidłowości, które – w mojej ocenie – wymagały sprawdzenia. Kiedy uruchomiono procedurę antymobbingową, pomyślałam naiwnie, iż procedura służy ustaleniu prawdy. Nie zostałam jednak zaproszona na posiedzenie komisji dotyczące mojej sprawy.

To szczególny rodzaj przemocy administracyjnej: regulamin istnieje, komisja istnieje, protokół prawdopodobnie też istnieje – tylko osoby, która mówi o krzywdzie, jakby nie było. Procedura staje się dekoracją.

Ma pokazać, iż instytucja reaguje, niekoniecznie sprawdzić, na co adekwatnie reagować powinna.

Później przyszło zwolnienie dyscyplinarne – najcięższy sposób rozwiązania umowy. Taki dokument nie tylko odbiera pracę. Próbuje odebrać reputację i narzucić człowiekowi nową tożsamość: winnej, nielojalnej, niegodnej zaufania. Nagle to nie instytucja musi tłumaczyć swoje działania. To pracownik ma udowodnić, iż nie jest tym, kim nazwano go w piśmie.

Polscy pracodawcy mają gdzieś zgłoszenia sygnalistów Joanna Koczaj-Dyrda, Max Fojtuch

Spory dotyczące mojego zwolnienia, mobbingu i dyskryminacji przez cały czas rozpoznają sądy. Nie zamierzam zastępować wyroku własnym przekonaniem. Wiem jednak, iż zewnętrzne kontrole wykazały uchybienia, a po interwencji inspekcji wypłacono mi należne pieniądze. Wiem też, iż w odrębnym postępowaniu biegli potwierdzili moją niezdolność do pracy. To nie rozstrzyga wszystkich sporów, ale burzy wygodną opowieść, iż osoba zgłaszająca problemy po prostu wszystko sobie wymyśliła.

Instytucje lubią mówić językiem procedur. Człowiek mówi językiem skutków.

Instytucja napisze: „nie stwierdzono”. Człowiek powie: nie śpię. Instytucja napisze: „brak podstaw”. Człowiek powie: boję się otworzyć skrzynkę pocztową. Instytucja wskaże numer paragrafu. Człowiek wskaże drżące ręce.

Prawo pracy udaje czasem spotkanie równych stron. Po jednej stronie siedzi jednak pracodawca, który zna system od środka, przechowuje dokumentację i korzysta z obsługi prawnej. Po drugiej – osoba, która właśnie straciła dochód, zdrowie i poczucie bezpieczeństwa. Ma odpowiadać terminowo, precyzyjnie i bez emocji, choć jednocześnie próbuje utrzymać rodzinę i samą siebie.

Czy mobber siedzi w każdym z nas?! O przemocy psychicznej w pracy… Katarzyna Bednarczykówna, Małgorzata Jankowska

Publiczny pracodawca ma jeszcze jeden przywilej: broni się za publiczne pieniądze. Pracownik płaci za własną obronę z pieniędzy, których często już nie zarabia. Instytucja może przeczekać. Dla człowieka każdy miesiąc oznacza rachunki, leczenie i kolejną noc bez odpowiedzi. Czas, który dla urzędu jest pozycją w kalendarzu, dla obywatela bywa narzędziem nacisku.

Mogłam się wycofać. Mogłam uznać, iż z dużą instytucją się nie wygrywa. Że nie mam pozycji, pieniędzy ani adekwatnego wykształcenia. Że samotna matka powinna zajmować się przetrwaniem, a nie sprawiedliwością.

Zaczęłam jednak pisać: do sądów, inspekcji, organów kontrolnych i instytucji stojących na straży praw obywatelskich. Każde pismo było próbą odzyskania kawałka własnego głosu.

Każda odpowiedź – choćby odmowna – potwierdzała przynajmniej, iż istnieję i iż moja wersja wydarzeń nie zniknie tylko dlatego, iż komuś jest z nią niewygodnie. Najtrudniejsza w walce z zakładem nie jest liczba dokumentów. Nie są nią choćby rozprawy ani miesiące oczekiwania. Najtrudniejsze jest to, iż konfliktu nie zostawia się po godzinach. Zabiera się go do domu. Towarzyszy przy zasypianiu. Wraca przy dźwięku telefonu. Pojawia się w ciele, kiedy przychodzi list polecony. Walka prawna toczy się w sądzie, ale jej druga część odbywa się w układzie nerwowym człowieka. Instytucja ma godziny pracy. Osoba skrzywdzona nie ma godzin wolnych od własnej pamięci.

Wyrzuceni na bruk. Zwolnienie związkowców w korporacji Genpact Karol Dwornik, Rafał Górski

Słyszę czasem, iż powinnam odpuścić – dla spokoju. Pytam wtedy: czyjego spokoju?

Mojego na pewno nie. Milczenie nie leczy. Milczenie konserwuje układ, w którym pracownik ma być wdzięczny, iż ma pracę, a kiedy pyta o reguły, staje się problemem do usunięcia.

Nie walczę dlatego, iż lubię konflikt. Walczę, ponieważ chcę, aby dokumenty pokazały całość, a nie wyłącznie wersję silniejszej strony. Chcę wiedzieć, czy procedury ochronne naprawdę chronią ludzi, czy tylko dobrze wyglądają w regulaminach. Czy nadzór nad publiczną jednostką oznacza realną kontrolę, czy wymianę pism. Czy pracownik zgłaszający nieprawidłowości jest źródłem informacji, czy od razu zagrożeniem dla reputacji instytucji.

Moja historia nie jest tylko historią jednego zakładu. Jest historią systemu, w którym obywatel ma prawo złożyć skargę, ale za skorzystanie z tego prawa może zapłacić zdrowiem, pracą i latami życia.

Państwo zachęca do zgłaszania nieprawidłowości, ale nie zawsze potrafi ochronić człowieka przed samotnością, która zaczyna się następnego dnia po zgłoszeniu.

Ta walka mnie zmieniła. przez cały czas się boję, ale przestałam uważać strach za dowód słabości. Można bać się sądu i wejść na salę. Można nie znać prawniczego języka i domagać się prawa. Można stracić stanowisko, a odzyskać przekonanie, iż własny głos ma wartość.

Nie wiem jeszcze, jak zakończą się wszystkie postępowania, dlatego nie napiszę wygodnego finału o zwycięstwie. Prawdziwe historie rzadko kończą się we właściwym miejscu i czasie. Moja przez cały czas trwa.

Wiem jednak, iż zakład nie dostał ode mnie tego, czego potrzebuje każda źle działająca instytucja: ciszy człowieka, który uznał, iż jest zbyt mały, by zadawać pytania.

Byłam pracownicą. Potem stałam się byłą pracownicą, stroną postępowań i numerem kolejnych spraw. Przede wszystkim przez cały czas jestem człowiekiem. I właśnie jako człowiek mówię: sprawdźcie to. Posłuchajcie. Odpowiedzcie.

(imię i nazwisko do wiadomości redakcji)

Idź do oryginalnego materiału