Karol Nawrocki zapowiada powołanie rady ds. nowej konstytucji. Data jest symboliczna, ale realna zmiana ustawy zasadniczej wymaga większości, której żadna prezydencka rada nie zastąpi.
Prezydencka rada w symbolicznym dniu
Karol Nawrocki chce rozpocząć prace nad nową konstytucją. Brzmi poważnie, państwowo i historycznie, zwłaszcza iż pierwszych członków specjalnej rady prezydent ma powołać 3 maja. To data dobrana nieprzypadkowo. Trudno o lepszą scenografię dla opowieści o naprawie państwa niż rocznica Konstytucji 3 maja.
Problem w tym, iż między uroczystą zapowiedzią a realną zmianą ustawy zasadniczej leży bardzo długa droga. I nie jest to droga, którą da się przejść samymi konferencjami, radami ekspertów i mocnymi hasłami o „nowym początku”.
Według zapowiedzi rzecznika prezydenta Rafała Leśkiewicza w Radzie ds. nowej Konstytucji mają znaleźć się przedstawiciele klubów i kół parlamentarnych, eksperci oraz osoby o różnych poglądach na państwo i prawo. Każdy klub miałby wskazać po dwóch reprezentantów, a każde koło po jednym. Pałac Prezydencki przekonuje, iż nie będą to kurtuazyjne spotkania „przy kawie i ciasteczkach”, ale konkretna praca nad projektem nowej ustawy zasadniczej.
Konstytucji nie zmienia się konferencją
To brzmi dobrze. Ale brzmi też jak klasyczna polityczna obietnica, której prawdziwą wartość sprawdza dopiero arytmetyka.
Prezydent może powołać radę. Może zaprosić ekspertów. Może przygotować projekt. Może choćby zbudować wokół niego podniosłą narrację o naprawie ustroju. Nie może jednak sam zmienić konstytucji. Do tego potrzebny jest parlament i większość, której w zwykłej politycznej walce nie da się zastąpić prezydenckim patronatem.
Konstytucja jest pod tym względem bezlitosna. Zmiana ustawy zasadniczej wymaga w Sejmie większości co najmniej dwóch trzecich głosów przy obecności minimum połowy posłów. W Senacie potrzebna jest większość bezwzględna, również przy obecności co najmniej połowy senatorów. Referendum nie jest magicznym skrótem omijającym parlament. W określonych przypadkach może stać się częścią procedury, ale dopiero po przejściu zmian przez Sejm i Senat.
Bez większości zostaje scenografia
Dlatego zasadnicze pytanie brzmi nie: kto zasiądzie w radzie, ale czy Nawrocki ma realną ścieżkę do zbudowania ponadpartyjnego porozumienia. Bez niego Rada ds. nowej Konstytucji może stać się przede wszystkim polityczną sceną. Miejscem, w którym będzie się mówiło o państwie, suwerenności, naprawie instytucji i końcu chaosu, ale bez szans na uchwalenie czegokolwiek poza kolejnym raportem.
Politycznie ten ruch jest zrozumiały. Temat konstytucji pozwala prezydentowi wejść na najwyższy poziom debaty publicznej. Nie rozmawia już tylko o pojedynczych ustawach, sporach z rządem czy bieżących konfliktach. Ustawia się w roli kogoś, kto myśli o całej architekturze państwa. To daje powagę. I jednocześnie tworzy ryzyko, iż powaga instytucji zostanie wykorzystana jako dekoracja dla bieżącej walki politycznej.
W tle pytanie o model państwa
Jakiej Polski chciałby Nawrocki w nowej konstytucji? Czy chodzi o uporządkowanie kompetencji między prezydentem a rządem? O wzmocnienie głowy państwa? O zmianę układu sił w wymiarze sprawiedliwości? O symboliczny reset po latach sporów? Na razie więcej tu haseł niż konkretów.
I właśnie dlatego sceptycyzm jest uzasadniony. Nie dlatego, iż rozmowa o konstytucji jest niepotrzebna. Przeciwnie, po latach instytucjonalnych awantur Polska potrzebuje poważnej rozmowy o państwie. Ale poważna rozmowa zaczyna się tam, gdzie kończy się polityczna dekoracja.
Jeśli rada ma być miejscem realnej debaty, powinna gwałtownie pokazać projektowe konkrety: zakres zmian, założenia ustrojowe, listę problemów, które chce rozwiązać, oraz odpowiedź na pytanie, jak zbudować większość konstytucyjną. jeżeli tego zabraknie, wielki plan może okazać się nie początkiem nowej konstytucji, ale początkiem kolejnej kampanii opakowanej w państwowe symbole.

2 godzin temu











