„Wiadro gówna zamiast argumentów. Tak wygląda dziś aktywizm?”

wschodni24.pl 9 godzin temu

Świat okiem Marcusa

Aktywizm kojarzył mi się kiedyś z ludźmi, którzy chcieli zmieniać świat. Protestowali, zbierali podpisy, organizowali debaty, przekonywali innych do swoich racji. Czasami przesadzali, czasami irytowali, ale przynajmniej próbowali rozmawiać.

Dzisiaj pojawiła się jednak nowa odmiana aktywizmu. Nie trzeba już nikogo przekonywać. Nie trzeba przedstawiać argumentów, pracować nad projektem ustawy ani organizować społecznej kampanii.

Wystarczy przygotować wiadro sztucznego gówna, znaleźć znaną osobę, obrzucić jej sklep albo dom, wszystko nagrać i wrzucić do internetu.

I już można nazywać się aktywistą.

W środę 22 lipca członkowie Ruchu Klimatycznego „Jazda!” oblali substancją przypominającą fekalia wejście do domu influencerów Angeliki „Andziaks” i Łukasza Trochonowiczów na warszawskim Wilanowie. Następnie podobnie potraktowali sklep należący do influencerki. Celem akcji został również butik Małgorzaty Rozenek-Majdan. Sprawą zajęła się policja.

Organizatorzy tłumaczą, iż użyta przez nich mieszanina nie była prawdziwymi odchodami. Miała składać się między innymi z kakao, kawy, mąki i wody, a więc można ją stosunkowo łatwo zmyć. Ich zdaniem akcja była protestem przeciwko konsumpcjonizmowi promowanemu przez celebrytów i najbogatszą część społeczeństwa.

No to wszystko w porządku?

Nie. Właśnie nic nie jest w porządku.

To, iż coś można zmyć wodą, nie oznacza, iż wolno oblewać tym cudzą własność. To, iż ktoś ma drogi samochód, luksusowy dom albo torebkę za kilkadziesiąt tysięcy złotych, nie daje nikomu prawa do urządzania mu pokazowej egzekucji w mediach społecznościowych.

Możemy nie lubić celebrytów. Możemy uważać ich styl życia za pusty, przesadny albo szkodliwy. Możemy krytykować latanie prywatnymi samolotami, kupowanie kolejnych samochodów czy promowanie nieustannej konsumpcji.

Ale od kiedy to grupa samozwańczych sędziów decyduje, kto zasługuje na publiczne upokorzenie?

Dzisiaj aktywiści obrzucają substancją przypominającą odchody sklep celebrytki, ponieważ nie podoba im się jej styl życia. Jutro ktoś może oblać farbą lokal przedsiębiorcy, bo nie podobają mu się jego poglądy. Pojutrze grupa internetowych rewolucjonistów może pojawić się pod naszym domem, bo kupiliśmy niewłaściwy samochód, polecieliśmy na wakacje albo ogrzewamy dom w sposób, który uznają za nieekologiczny.

Gdzie znajduje się granica?

Aktywiści twierdzą, iż tym razem nie atakują zwykłych ludzi, ale „elity”. To ma być rzekomo bardziej sprawiedliwa strategia niż blokowanie ulic i utrudnianie życia przypadkowym kierowcom.

Tylko iż pracownik sklepu sprzątający ubrudzoną witrynę nie jest elitą. Ochroniarz stojący przed lokalem nie jest milionerem. Sąsiad mieszkający obok zaatakowanego domu nie odpowiada za politykę klimatyczną świata.

To zwykli ludzie ponoszą konsekwencje tego przedstawienia.

Nazwijmy więc rzecz po imieniu. To nie jest żadna odważna walka o klimat. To chuligański happening przygotowany przede wszystkim po to, aby zdobyć rozgłos. Kamera jest obowiązkowa, bo bez nagrania cała rewolucja traci sens.

Czy czymś takim różnią się oni od zwykłych chuliganów?

Chuligan także wybiera sobie cel. Także niszczy albo brudzi cudzą własność. Także chce wzbudzić strach, wściekłość lub poczucie bezradności. Różnica jest taka, iż chuligan nie zawsze przygotowuje do tego manifest ideologiczny i profesjonalny film do internetu.

A czym różni się taka metoda od próby wymuszania posłuszeństwa?

Przekaz jest przecież prosty: zmień swój styl życia, przestań prowadzić określoną działalność i podporządkuj się naszym oczekiwaniom, bo w przeciwnym razie możemy przyjść pod twój sklep albo dom i urządzić ci publiczne widowisko.

To nie jest dyskusja. To demonstracja siły.

Nie twierdzę, iż aktywiści żądają haraczu w prawnym znaczeniu tego słowa. Nie mamy podstaw, aby coś takiego im zarzucać. Mechanizm presji jest jednak niebezpiecznie podobny: my ustalamy zasady, my wybieramy winnych, my wymierzamy karę.

A wszystko pod szlachetnym hasłem ratowania planety.

Najłatwiej jest przecież zostać rewolucjonistą cudzym kosztem. Znacznie trudniej stworzyć firmę produkującą czystą energię, opracować skuteczny system transportu publicznego, przekonać wyborców do zmian albo samemu przez lata pracować na rzecz środowiska.

Do tego potrzeba wiedzy, cierpliwości i odpowiedzialności.

Do obrzucenia witryny sztucznym gównem potrzeba tylko wiadra, telefonu i przekonania o własnej moralnej wyższości.

Nie kupuję tłumaczenia, iż cel uświęca środki. Bo kiedy zaczynamy akceptować naruszanie cudzej własności tylko dlatego, iż zgadzamy się z hasłem sprawców, bardzo gwałtownie przestajemy żyć w państwie prawa.

Dzisiaj ktoś brudzi sklep w imię klimatu. Jutro ktoś inny wybije szybę w imię patriotyzmu. Kolejny podpali samochód w obronie zwierząt, religii albo własnej wizji sprawiedliwości.

Każdy znajdzie sobie szlachetny powód.

Aktywista próbuje przekonać społeczeństwo. Chuligan próbuje je zastraszyć lub upokorzyć. Bandyta uznaje, iż jego przekonania dają mu prawo do naruszania cudzych granic.

Dlatego patrząc na ostatnie wydarzenia, pytam zupełnie poważnie:

To jeszcze aktywiści czy już bandyci?

Moim zdaniem granicę dawno przekroczono.

Marcus Pryszberg

Idź do oryginalnego materiału