Donald Trump po raz kolejny uratował świat. Tym razem przed atakiem, który sam wcześniej zapowiadał.
Prezydent Stanów Zjednoczonych poinformował, iż zgodził się wstrzymać potężne uderzenie na Iran. Jak podkreślił, zrobił to „dla dobra świata”, a także z troski o przetrwanie i przyszłą pomyślność Iranu.
Trudno nie uronić łzy.
Oto przywódca największego światowego mocarstwa, otoczony lotniskowcami, rakietami i bombowcami, pochyla się z troską nad losem narodu, któremu jeszcze chwilę wcześniej groził zniszczeniem. Dobry wujek Donald najpierw pokazuje kij, później odkłada go na stół i wyjaśnia, iż przecież od początku chodziło mu wyłącznie o pokój.
Oczywiście pokój ma swoje warunki.
Iran ma natychmiast, całkowicie i bezwarunkowo otworzyć cieśninę Ormuz oraz zlikwidować zagrożenie związane z programem nuklearnym. Do inicjatywy ma przyłączyć się także Izrael. o ile Teheran gwałtownie zaakceptuje przedstawione oczekiwania, amerykańskie bomby pozostaną na swoich miejscach.
Brzmi niemal jak oferta handlowa.
„Podpiszcie umowę teraz, a nie zbombardujemy waszej infrastruktury. Promocja ograniczona czasowo”.
Trump twierdzi, iż o wstrzymanie ataku prosił sam Iran oraz inne państwa Bliskiego Wschodu. Według medialnych doniesień istotną rolę odegrały także obawy państw Zatoki Perskiej przed irańskim odwetem wymierzonym w instalacje energetyczne.
I tu dochodzimy do sedna.
Czy ktoś naprawdę wierzy, iż w tej całej historii chodzi wyłącznie o pokój, bezpieczeństwo i dobro ludzkości?
Cieśnina Ormuz jest jednym z najważniejszych szlaków transportu surowców energetycznych na świecie. Każde jej zamknięcie, ograniczenie ruchu albo choćby groźba ataków na tankowce natychmiast wpływa na ceny ropy, koszty transportu i światowe rynki. Reuters informował, iż w lipcu cena ropy Brent wzrosła o około 24 procent w związku z destabilizacją regionu.
A więc Donald Trump, niczym współczesny patron światowego pokoju, mówi o przetrwaniu Iranu, dobru świata i zakończeniu nuklearnego zagrożenia. Przypadkiem najważniejszym punktem porozumienia jest jednak pełne otwarcie cieśniny, przez którą płyną tankowce, ropa i miliardy dolarów.
Przypadek?
Zapewne taki sam jak wszystkie inne przypadki w światowej polityce.
Najpierw groźba wojny podbija ceny. Później zapowiedź pokoju uspokaja giełdy. Każde słowo prezydenta przesuwa miliardy dolarów pomiędzy państwami, koncernami, inwestorami i producentami uzbrojenia.
Na końcu wszystko zostaje opakowane w podniosłe hasła o demokracji, bezpieczeństwie i trosce o zwykłych ludzi.
Trump nie zrezygnował z użycia siły. On jedynie zawiesił palec nad przyciskiem i przedstawił rachunek. Iran ma spełnić warunki, cieśnina ma zostać otwarta, ropa ma płynąć, a światowa gospodarka ma wrócić na adekwatne tory.
Najlepiej takie, które prowadzą przez Waszyngton.
Prezydent USA może więc ponownie założyć kostium dobroczyńcy ludzkości i ogłosić, iż powstrzymał wielką wojnę.
Wojnę, którą wcześniej sam pomógł rozpocząć.
Kto jeszcze ma złudzenia, iż w wielkiej polityce chodzi przede wszystkim o ideały?
Ostatecznie zawsze chodzi o wpływy, kontrolę i pieniądze. Bardzo dużo pieniędzy.
Marcus Pryszberg
















