Tahiti. Wpław przez Morze Księżycowe

1 godzina temu
Zdjęcie: Tahiti


Leszek Naziemiec wyruszył na Tahiti, by przepłynąć 21 km otwartego oceanu między dwiema wyspami Polinezji Francuskiej. Ta wyprawa okazała się jednak czymś znacznie więcej niż tylko wyzwaniem sportowym – stała się opowieścią o ludziach, oceanie i kulturze, która od wieków uczy, iż morze nie dzieli, ale łączy. Autor zabiera czytelników Wodnych Spraw w podróż, w której pływanie splata się z odkrywaniem jednego z najpiękniejszych zakątków świata.

Tahiti po raz pierwszy

Podczas mojej pierwszej podróży na Tahiti w 2025 r., razem z Tomaszem Woźniczką i moją córką Katarzyną, zaczęliśmy realizować projekt Resilience – poszukiwaliśmy inspiracji w kulturze tradycyjnej, która – w naszym odczuciu – może pomagać w radzeniu sobie z aktualnymi problemami. Poszukiwaliśmy i poszukujemy wątków, które na pierwszy rzut oka wydają się skazane na zapomnienie, a okazują się być żywe i użyteczne. Tymczasem niektóre nasze nowoczesne nawyki myśleniowe i schematy postępowania okazują się puste i nieefektywne. Nagrywaliśmy wywiady z poetką Florą Aurimą, twórcami kultury i edukatorami z Tahiti i Raiatei. Przyglądaliśmy się lokalnym sposobom na radzenie sobie z szybkimi zmianami zachodzącymi w świecie.

Na początku bieżącego roku ukazała się pierwsza w Polsce książka z przekładami poezji tahitańskiej. Jej autorką jest Flora Aurima Devatine. Książkę wydała Biblioteka Publiczna gminy Wolin, a opracowana została przez rodzeństwo Annę i Tomasza Woźniczków. Ja przetłumaczyłem wiersze. Sama poetka zawitała wiosną do Warszawy i Lublina z odczytami na temat kultury tahitańskiej, która jest mocno związana z żywiołem oceanu i powstawała w ścisłych i przyjaznych relacjach ze środowiskiem naturalnym.

Celem pobocznym pierwszej podróży było wyznaczenie ciekawej trasy pływackiej w obrębie Polinezji Francuskiej. Ostatecznie padło na szlak Tahiti–Moorea, który w najwęższym miejscu ma 18 km, jednak zdecydowałem się na wariant dłuższy – 21 km w linii prostej z Punaauia do Maatei, z możliwością przedłużenia trasy, gdyby sprzyjała pogoda. Jest to klasyczny, piękny szlak pływacki, przepłynięty (w wersji najkrótszej) jedynie przez garstkę ludzi.

Moorea; zdj. René-Jean Devatine

Tahiti po raz drugi

Wyruszyłem wraz z żoną w drugą podróż na Tahiti w ostatnim tygodniu czerwca. Przyświecały mi dwa cele: sportowy, czyli przeprawa pływacka, i zbieranie materiałów dotyczących kultury tahitańskiej. Na Tahiti podróżuje się najczęściej z międzylądowaniem w Los Angeles lub San Francisco i zwykle trzeba liczyć się z prawie dwoma dobami w podróży.

Pierwsze dni pobytu na wyspach mogą być trudne ze względu na różnice czasowe i klimatyczne pomiędzy Polską i Polinezją Francuską. Niedługo po lądowaniu zostaliśmy zaproszeni na spotkanie rodziny Devatine i ich przyjaciół, na którym (ku memu zaskoczeniu) została zorganizowana ceremonia nadania nam tahitańskiego imienia w wersji rodzinnej, czyli mogę używać go zarówno ja, jak i żona.

Stałem się Toa-’au-moana. Toa to wojownik lub drzewo żelazne/kazuaryna, ‘au – pływanie, unoszenie się, moana – ocean. Niesiony przez ocean, Wojownik oceanu. ‘Au moana może oznaczać też prąd lub pływ. Toa odnosi się do siły. Pewnie nie da się dokładnie przetłumaczyć takiego imienia, ale nosze je z dumą.

Co ono oznacza dla mnie? Oznacza przyjaźń i zaufanie, oznacza tkanie sieci nieoczywistych kontaktów, oznacza, iż morze, ocean rzeczywiście łączą, a nie dzielą. To coś, co zostanie ze mną na zawsze. To jedno z największych wyróżnień, jakie mnie spotkało. Nadanie imienia nawiązuje do tradycyjnej wymiany imion z przyjaciółmi – przybyszami.

Imię, które rodzi ambicje

Przypadkowo drzewo Toa jest moim ulubionym drzewem Polinezji już od pierwszej wizyty – nie tylko twarde (choć tego na początku nie wiedziałem), ale także piękne. Będąc drzewem liściastym, przypomina nieco sosnę. Rośnie przy brzegach oceanu, na ubogich glebach, zapobiegając lub spowalniając erozję wybrzeża. Imię nałożyło na mnie też presję: lepiej będzie, jeżeli rzeczywiście przepłynę tę trasę!

Tymczasem prognozy pogody nie są zachęcające. W głębokiej na trzy i pół kilometra cieśninie zapowiadano dużą falę i niekorzystny wiatr. Okienko, w którym mogę popłynąć trwa od 8 do 13 lipca. Wtedy na wyspę dotrze Adrian Uciński – ratownik i przyjaciel zabezpieczający przeprawę.

Ruszamy na tydzień na Mooreę. Chodzi o adaptację, trening i oczywiście poznawanie okolicy.

To, iż Moorea jest jedną z najpiękniejszych wysp świata nie ulega wątpliwości. Cieniem rzuca się tylko fakt, iż dostępność do plaż jest ograniczona. Wyspa ma 60 km linii brzegowej, a istnieją tylko 3 plaże publiczne. Oznacza to, iż ludność miejscowa, chcąc korzystać z laguny, musi czasem przejechać wiele kilometrów. Plaże to zwykle własność prywatna. Można też przejść przez hotel lub zejść nad wodę w niektórych miejscach przy drodze okalającej wyspę. jeżeli mówimy o hotelach w Polinezji Francuskiej, to warto wspomnieć, iż jest ich niewiele, a ruch turystyczny nie jest zbyt duży. Tahiti jest po prostu za daleko, ceny lotów są wysokie, a produkty europejskie i amerykańskie, dowożone statkami, kosztują krocie.

Na wyspy Polinezji przybywa około 270 tys. turystów rocznie. Władze lokalne chciałyby ten ruch zwiększyć do 400 tys. Dla porównania, w ciągu roku w Zakopanem przebywa ok. 1 mln gości. Na spadek liczby turystów wpłynął kryzys gospodarczy z 2008 r., a następnie pandemia sprzed kilku lat.

Fale i rekiny, czyli w oczekiwaniu na start

Wracamy na Tahiti. Wybieramy na przeprawę 9 lipca. Pogoda będzie wtedy zła na pływanie, ale i tak najlepsza w okienku: fala główna, czyli swell, prognozowana jest na 1,3–1,4 m. Na Bałtyku pływanie długiego dystansu w takich warunkach byłoby niemożliwe, ale swell oceaniczny to powolne wzrastanie i opadanie powierzchni wody w przeciągu na przykład 8 s. jeżeli jest się przyzwyczajonym (żołądek!), to można płynąć. Ta główna fala będzie mnie mijać z lewej strony i czasem nieco z tyłu. Wiatr ma wiać z prawej strony z prędkością 7 węzłów. Nie najlepiej, ale może być. Będzie to powodowało falę siekającą (chop). Prądy mają być zmienne, ale niewielkie.

Taraua Devatine, przyjaciel z Tahiti, bierze łódkę o 5 rano z przystani i we trzech, razem z Adrianem Ucińskim, ruszamy powoli przez rafę Punaauja, by znaleźć dogodne miejsce do startu. Szerokość rafy to około 200 m i od biedy można w niektórych miejscach przejść pieszo na otwarty ocean. Trzeba uważać, bo na końcu rafy fale oceaniczne biją bardzo mocno o skały.

W obrębie laguny pływają najczęściej niegroźne rekiny czarnopłetwe i szare. Zagrożenie stanowi ryba-kamień. Nadepnięta uwalnia toksynę i powoduje długotrwały ból, który – jak mówią miejscowi – odbierze cały urok pobytowi na wyspach. Na otwartych wodach można spotkać np. żarłacza tygrysiego i inne gatunki, które stwarzają ryzyko, ale zwykle nie atakują ludzi. Człowiek musiałby być ranny, polować z kuszą na inne ryby lub mieć dużego pecha. Spotyka się je niezwykle rzadko.

Leszek Naziemiec płynący przez Morze Księżycowe; zdj. Adrian Uciński

Wchodzę do wody

Czekamy na świt i wchodzę do wody. Światło, jak to w tropikach, mamy mniej więcej od szóstej do szóstej. Nie posiadamy oświetlenia łodzi, więc musimy uwinąć się z przeprawą w tym czasie. Pierwsze 50 minut pływania to bajka. Woda jest idealnie czysta, w głębokim indygo, na głębokości 10-15 m mijają mnie ławice ryb.

Fluorescencyjny zooplankton, który w nocy wędrował ku powierzchni, wraca w głębiny. Widzę światła – niby gwiazd oddalających się w szybkim tempie w nieskończoność. Wiem, dlaczego tu jestem! Płynę kraulem, oddech na trzy, czasami zmieniam na cztery lub na dwa, by dopasować się do rytmu fali z lewej strony. Czasami płynę kilkadziesiąt metrów stylem klasycznym, żeby się porozglądać nad wodą: naprzeciwko mnie wyrastają majestatyczne szczyty Moorei, stanowiącej inspirację wizualną dla twórców filmu Moana.

Po 50 min zrywa się większy wiatr z lewej strony, przechodzi czarna chmura i kropi deszcz. Płynie się źle, nie pamiętam, może 1–1,5 godz. Potem, do połowy trasy, jest w miarę dobrze. Na początku przeprawy myślę jeszcze o rekinach i jeżeli widzę coś ciemniejszego pod wodą, to się wzdrygam. Jest to jednak tylko cień silnika.

Po pewnym czasie relaksuję się i wchodzę w rytm pływacki. Adrian uruchomił drona, by zrobić kilka dobrych ujęć trasy z powietrza. Niestety, urządzenie w pewnym momencie spadło prosto do wody i zaczęło tonąć. Nasz kapitan Taraua jak stał, tak wyskoczył za burtę. Wyłowił drona z głębokości 7 m. Umiejętności nurkowe zawsze w cenie! Czy odzyskamy nagrania? Nie wiadomo.

Żywiłem się co godzinę bananem i piłem sok jabłkowy. Po posiłku dla odpoczynku płynąłem 100 m na grzbiecie. Mój były trener i rekordzista Polski w pływaniu Kajetan Załuski uważa, iż w długich przeprawach celowe jest właśnie pływanie odpoczynkowych odcinków stylem grzbietowym.

Czy daleko jeszcze?

Im bliżej Moorei, tym gorzej. Fale związane z wiatrem robią się coraz większe. Powiem tylko, iż na pewno większe niż 1 m, by nie być posądzonym o przesadę. Jestem coraz bliżej rafy Moorei, mój żołądek jest coraz mniej stabilny i zaczynam pytać, czy daleko jeszcze. Czasami przez 20 min przepływam tylko 300–400 m.

Zaczynamy szukać wejścia w rafę, trzymając się z daleka od skał, o które może rozbić się i pływak, i łódka. Po kolejnym daleko jeszcze Adrian woła, iż zostało 200 m i mam się zmobilizować. Wpływam w cieśninę, która oznacza początek rafy i kończę przeprawę. Wdrapuję się na łódkę i jestem szczęśliwy. Kręci mi się w głowie i buja mnie na boki. Tak będę się czuł jeszcze wieczorem na lądzie.

Cumujemy w Maatei i odpoczywamy chwilę na brzegu. Woda cały czas miała 26–27°C. Obawiałem się, iż będzie dla mnie za ciepła, ale na szczęście dzień był pochmurny, bez mocno przygrzewającego słońca. Przepłynąłem 21 km w linii prostej w 8 godz. i 18 min, w średnim tempie około 2,5 km/h. Biorąc pod uwagę, iż w praktyce trzeba dodać do trasy co najmniej kilometr i zmaganie z falami, to dla mnie dobre tempo.

Czas wracać. Wsiadamy na łódkę i gnamy z powrotem. Fale są jeszcze większe, łódka podskakuje na każdej, co nie jest przyjemne dla kręgosłupa i kości ogonowej. Udaje mi się zobaczyć po raz pierwszy latającą rybę. Zwierzę wyskakuje z wody i na naszych oczach pokonuje aktywnym lotem dystans 100 m, machając intensywnie płetwami-skrzydłami.

Kąpiemy się na koniec w lagunie Punnauia, oddajemy łódkę do wypożyczalni, a właściciel pyta, czy chcemy spłukać z siebie słoną wodę. Mówię, iż nie, a on odpowiada, iż pewnie czekam na gorący prysznic w domu. Nie czekam, bo lubię sól na skórze i we włosach.

Na miejscu czeka nas powitanie w domu gospodarzy: Flory i Rene-Jeana – oczywiście naszyjniki z muszli i kwiatów i wspaniała kolacja! Żyjący nad i w oceanie wyspiarze doceniają przeprawę na Mooreę, tym bardziej, iż udało się to niewielu. Pada pytanie: dlaczego nie zacząłeś od strony Moorei, wtedy miałbyś dużo sił, by pokonać gwałtowne wody blisko laguny? Odpowiedź brzmi: bo nie wiedziałem, iż tak wyglądają warunki w wodzie.

Dowiaduje się, iż każdy odcinek oceanu nazywa się jakoś po tahitańsku. Ten, który przepłynąłem to: Te Moana-o-Marama, czyli Morze Księżycowe lub Morze Księżyców. Nazwa pochodzi od nazwiska dynastii wodzów Moorei i Maiao. No i gdy spogląda się na Mooreę z brzegów Tahiti, to woda często wysrebrza się, potwierdzając swoje miano.

Od lewej: Taraua Devatine, Leszek Naziemiec, Adrian Uciński; zdj. René-Jean Devatine

A na deser festiwal

Lipiec na Tahiti to czas wielkiego festiwalu Heiva. Tradycyjne grupy taneczne, chóry i orkiestry perkusyjne walczą o tytuł najlepszych na wyspach. Dodatkowo na Heivie jest dużo sportu tradycyjnego: wyścigi łodzi va’a, podnoszenie głazów, wspinaczka na palmę kokosową, rzut oszczepem i wiele innych dyscyplin.

To wyjątkowe przeżycie, gdy ogląda się spektakl stworzony przez grupę dwustu tancerek i tancerzy! Oprócz zabawy podczas Heivy, odwiedziłem także tradycyjne świątynie Marae i kupowałem książki, niedostępne lub trudno dostępne poza wyspami.

Perełką jest dzieło Teuiry Henry Tahiti w dawnych czasach (pierwsze wydanie francuskie). Dziadek autorki był misjonarzem, który zafascynował się kulturą Polinezji i postanowił opisać wszystko, co widział i słyszał w obliczu nieuniknionych zmian wywołanych obecnością Europejczyków. Jego wielkie dzieło zaginęło, ale zostało zrekonstruowane przez wnuczkę Teurię i stanowi w tej chwili podstawowe źródło wiedzy o dawnych zwyczajach. Księgę tę dostałem od Flory Devatine. Wszedłem także w posiadanie książek o dawnej nawigacji i budowie va’a, o próbach nuklearnych w Polinezji Francuskiej i wspomnień ostatniej rodziny królewskiej na Tahiti.

Wszystko to trzeba przeczytać, zrobić notatki i zastanowić się, co mogłoby być najbardziej interesujące dla czytelnika w Polsce. w tej chwili Tahiti przeżywa renesans kulturalny. Niech więc trwa on jak najdłużej, a my z tego dobrodziejstwa korzystajmy!

zdj. główne: René-Jean Devatine

Idź do oryginalnego materiału