Wyobraź sobie, iż z powietrza, którym oddychasz, powoli znika tlen. Nie gwałtownie, nie dramatycznie – lecz stopniowo, przez dziesięciolecia, w tempie niezauważalnym z dnia na dzień. Dokładnie to dzieje się teraz z rzekami na całym świecie. I podobnie jak w przypadku człowieka pozbawionego powietrza – kończy się to śmiercią.
Cztery dekady danych, jeden niepokojący wniosek
Badanie opublikowane w piśmie Science Advances jest największym jak dotąd przeglądem natlenienia rzek w skali globalnej. Naukowcy z Nankińskiego Instytutu Geografii i Limnologii Chińskiej Akademii Nauk wykorzystali dane satelitarne i sztuczną inteligencję do śledzenia poziomu rozpuszczonego tlenu w ponad 21 000 odcinkach rzek przez niemal cztery dekady. Wyniki są jednoznaczne: poziom tlenu w rzekach spadł średnio o 2,1% od 1985 roku, a prawie 79% przebadanych rzek wykazuje malejące stężenia tlenu, w średnim tempie -0,045 miligrama na litr na dekadę.
Za niemal dwie trzecie tego spadku odpowiada jeden mechanizm: cieplejsza woda wiąże mniej tlenu. To prosta fizyka – im wyższa temperatura wody, tym mniej gazu jest ona w stanie utrzymać. Zmiany klimatu, podnosząc temperatury rzek, odbierają im zdolność do oddychania. Pozostałe czynniki – zanieczyszczenie nawozami, miejskie spływy powierzchniowe, budowa zapór – dokładają swoje, ale to ocieplenie pozostaje głównym winowajcą.
Tropiki cierpią najbardziej
Badanie obala przy tym wcześniejsze założenia naukowe. Spodziewano się, iż najbardziej ucierpią rzeki na wysokich szerokościach geograficznych, gdzie ocieplenie jest najsilniejsze. Tymczasem najpoważniejsze spadki natlenienia obserwuje się w rzekach tropikalnych – tych leżących między 20. stopniem szerokości geograficznej południowej a 20. stopniem północnej. Wśród najbardziej dotkniętych znalazły się rzeki na subkontynencie indyjskim. Na początku tego stulecia silnie zanieczyszczony Ganges tracił tlen w tempie ponad 20-krotnie wyższym niż średnia światowa.
Sytuację dodatkowo pogłębiają fale upałów. Ekstremalne zdarzenia termiczne odpowiadają za 22,7% globalnego spadku natlenienia rzek – to przyrostowy efekt nakładający się na podstawowe, stałe ocieplenie wód.
Martwe strefy w rzekach – nie tylko w morzach
Dotychczas martwe strefy – obszary pozbawione wystarczającej ilości tlenu do podtrzymania życia wodnego – kojarzyły się przede wszystkim z przybrzeżnymi wodami morskimi: Zatoką Meksykańską, Zatoką Chesapeake, jeziorem Erie. Naukowcy ostrzegają, iż podobne zjawisko może objąć rzeki, jeżeli obecne trendy się utrzymają.
Przy umiarkowanych i wysokich scenariuszach emisji CO2, do końca stulecia rzeki na całym świecie mogą stracić dodatkowe 4% tlenu, a w niektórych regionach – choćby 5%. Rzeki we wschodniej części Stanów Zjednoczonych, na Arktyce i na rozległych obszarach Ameryki Południowej mogą doświadczyć spadku poziomu tlenu o około 10%. Przy takich wartościach warunki dla życia wodnego stają się krytyczne.
![]()
„Deficyt tlenu to bardzo powolny proces. jeżeli będzie się utrzymywał przez długi czas, negatywne skutki uderzą w ekosystemy rzeczne” – powiedział Qi Guan, współautor badania. Powolność tego procesu jest właśnie tym, co czyni go tak niebezpiecznym: nie alarmuje, nie wywołuje nagłych katastrof, ale cicho i systematycznie wypłukuje życie z rzek.
Cicha katastrofa, którą trudno zobaczyć
Rzeki są tętnicami lądowych ekosystemów. Żywią się nimi ryby, płazy, ptaki, ssaki – i ludzie, dla których stanowią źródło wody, pożywienia i utrzymania. Utrata tlenu to nie tylko problem ekologiczny – to zagrożenie dla całych łańcuchów pokarmowych i społeczności ludzkich zależnych od zdrowych rzek.
Tym, co odróżnia tę katastrofę od powodzi czy suszy, jest jej niewidoczność. Nie ma dramatycznych zdjęć, nie ma jednej daty, którą można wskazać jako moment przełomowy. Jest tylko powolny, mierzony w dziesiątkach lat, zanik czegoś, czego znikania gołym okiem nie widać – i czego brak odczują najpierw ryby, potem ekosystemy, a w końcu my.
/Fot: JvL//

5 godzin temu













