Polska producentem kawy? Ten pomysł brzmi jak żart, ale może działać

12 godzin temu

W gwałtownie ocieplającym się świecie kawa będzie najprawdopodobniej coraz droższa i coraz trudniej dostępna. Jednak możemy – choćby tylko częściowo – uniezależnić się od ziaren kawy sprowadzanej z państw Globalnego Południa. Istnieje sposób, by nasz ulubiony pobudzający napój produkować w Polsce z lokalnych składników. Jest to też pomysł (choć nieco ekscentryczny) na niezły biznes.

Trudno wyobrazić sobie współczesny świat bez kawy. Popularność tego napoju jest ogromna, a konsumpcja naprawdę imponująca. Każdego roku na całym świecie zużywa się około 10 milionów ton ziaren kawy. Większość z tego pochodzi z zaledwie dwóch gatunków: robusty (Coffea canephora) oraz delikatniejszej w smaku arabiki (Coffea arabica).

Kawa kontra zmiana klimatu

Niestety, kawowiec jest jednym z gatunków najbardziej zagrożonych przez zmiany klimatu. Arabika źle znosi choćby niewielki wzrost temperatury – już podwyższenie jej o kilka stopni powoduje u roślin silny stres, a choćby ich zamieranie. Robusta z kolei wymaga ogromnych ilości wody, a podczas suszy jej plony gwałtownie spadają.

To nie wróży dobrze uprawie kawy w gwałtownie ocieplającym się, a w wielu miejscach również coraz bardziej wysuszającym się świecie. Możemy więc spodziewać się, iż przez zmiany klimatyczne zbiory kawy będą coraz słabsze, a więc oczywiście jej ceny bardzo wzrosną. Tego samego możemy zresztą oczekiwać też jeżeli chodzi o inne rośliny, choćby kakao.

Jest to jeden z tysięcy powodów (choć bynajmniej nie najważniejszy), dla którego trzeba jak najszybciej spróbować przynajmniej spowolnić, a najlepiej zatrzymać zmianę klimatu. Jednak w ramach adaptacji do nowej rzeczywistości, warto by też pomyśleć, jak przygotować się do realiów świata, gdzie kawa jest luksusem dostępnym wyłącznie dla bogatych.

Poszukiwania bardziej odpornych gatunków

Ocalić kawę wciąż próbują zarówno uprawiający ją rolnicy, jak i naukowcy. Trwa już prawdziwy wyścig z czasem – by nie tylko zapewnić setkom milionów ludzi dostęp do ich ulubionego pobudzającego napoju, ale także by ochronić źródło utrzymania milionów drobnych plantatorów w krajach, gdzie kawa jest dziś uprawiana. Poszukiwane rozwiązania są bardzo różnorodne: od zwiększania odporności dwóch głównych gatunków, przez badania nad innymi niż arabika i robusta gatunkami kawy, aż po wykorzystanie metod, które pozwolą uzyskać więcej kawy z obecnych upraw.

Jednak z naszego, polskiego punktu widzenia, najlepiej byłoby zmniejszyć uzależnienie od dostaw z odległych części świata. Bo dokładnie tak, jak powinniśmy się uniezależniać od importowanych surowców energetycznych (ropa i gaz), dbając o bezpieczeństwo i samowystarczalność energetyczną, powinniśmy też zadbać o swoje bezpieczeństwo i samowystarczalność żywnościową. Także jeżeli chodzi o używki.

Czy istnieje stuprocentowo polska kawa?

Gdyby ktoś zapytał Państwa, czy istnieje coś takiego, jak polska kawa, pewnie odpowiedzielibyście, iż oczywiście nie. Przecież kawowiec nie jest u nas uprawiany. Pytani dalej, czy aby na pewno nie, pewnie przypomnielibyście sobie o kawie zbożowej, produkowanej z prażonego jęczmienia, żyta, cykorii i buraka cukrowego. Może też niektórzy z Państwa przypomnieliby sobie o dość już dziś egzotycznym produkcie, jakim jest kawa z żołędzi. Zastrzegając się, iż rzecz jasna – ani jedno, ani drugie nie jest „prawdziwą kawą”, ani choćby jej pełnoprawnym zamiennikiem. Przede wszystkim dlatego, iż nie zawiera kofeiny.

Z tego zresztą wynika popularność kawy zbożowej – wiele osób wybiera ją właśnie dlatego, iż można ją pić wieczorem, mogą ją też pić dzieci, kobiety w ciąży i osoby, które chcą ograniczyć spożycie kofeiny. „Inka” nie daje jednak oczywiście podstawowej praktycznej korzyści, dla której pijemy prawdziwą kawę – nie działa pobudzająco i nie maskuje zmęczenia.

Dosypać biały proszek do brązowego

A co, gdybyśmy do kawy zbożowej po prostu… dodali kofeiny?

Brzmi może nieco dziwnie, ale technicznie jest to bardzo prosty zabieg. Kofeina jest dobrze rozpuszczalna w gorącej wodzie, stabilna podczas przechowywania i praktycznie bezwonna. Trzeba tylko dobrze odmierzyć jej ilość, a zwłaszcza uważać, by nie dodać za dużo. Otrzymamy ciepły, czarny i aromatyczny napój, który na dodatek jest w stanie nas pobudzić. Oczywiście, nie smakuje tak jak prawdziwa kawa, ale i tak znacznie bardziej ją przypomina niż „energetyki”, zwykle przypominające w smaku rozpuszczone w wodzie landrynki. Można by reklamować taki produkt na przykład w ten sposób:

„Łagodny smak kawy zbożowej, pobudzenie jak po filiżance kawy, bez kwasowości i goryczy klasycznej kawy”.

A jeszcze co do różnicy w smaku z prawdziwą kawą – cóż, jest to też w dużej mierze kwestia przyzwyczajenia. Na przykład, „mleka roślinne” nie smakują przecież tak jak mleko krowie, choć czasem całkiem podobnie. Osobom, które dłużej piją mleko owsiane czy sojowe (albo dodają je do kawy) zwykle jednak przestaje brakować smaku mleka krowiego. Zaś „mleko” kojarzy im się przede wszystkim z takim stuprocentowo roślinnym produktem. Tu mogłoby być podobnie.

Tylko skąd wziąć kofeinę?

Pozostaje jeszcze istotny szczegół techniczny. Skąd miałaby się brać kofeina, dodawana do kawy zbożowej (lub żołędziowej)?

Są z grubsza dwie opcje. Mogłaby to być „kofeina naturalna” odzyskana podczas dekofeinizacji kawy. Można by też używać ekstraktu z zielonej kawy, z herbaty lub yerba mate. Tylko iż taka strategia nie unieuzależniłaby nas jednak oczywiście od dostaw kawy lub innych produktów roślinnych zawierającej kofeinę. W przeciwieństwie do składników „kawy inki”, wymienione wyżej rośliny nie rosną przecież w Polsce.

Dlatego istotą pomysłu, który właśnie próbuję Państwu „sprzedać”, jest użycie kofeiny syntetycznej, produkowanej przez przemysł chemiczny. Tak, kofeinę można otrzymać bez pomocy roślin, i to całkiem łatwo. Z punktu widzenia chemii kofeina jest relatywnie prostą cząsteczką, choć na jej pełnej, systematycznej nazwie (1,3,7-trimetylo-1H-puryno-2,6(3H,7H)-dion) można sobie połamać język. (Możecie też nazwać ją 1,3,7-trimetyloksantyną. Brzmi prawie równie profesjonalnie i egzotycznie, a łatwiej wymówić).

Większość metod produkcji syntetycznej kofeiny jest stara, zostały one opatentowane od lat 40. do 60. (Jako ciekawostkę, warto przypomnieć, iż jedną z takich metod opracował polski chemik, prof. Bogusław Bobrański.) Jednym z surowców wykorzystywanych w przemysłowej syntezie kofeiny jest produkowany w ogromnych ilościach mocznik, jeden z najważniejszych nawozów sztucznych.

  • Czytaj także: Nie tylko paliwo. Wojna w Iranie może wywołać globalny kryzys żywnościowy

Ze względu na niższy koszt produkcji, bardzo wysoką czystość, łatwość precyzyjnego dawkowania (np. dokładnie 80 mg w puszce), i właśnie na niezależność od jakości i dostępności surowców roślinnych, taka kofeina jest już używana w wielu popularnych markach napojów energetycznych.

Kofeina kofeinie nierówna?

Z punktu widzenia chemii i biochemii syntetyczna „kofeina z fabryki” nie jest w niczym gorsza od kofeiny „naturalnej”, wytwarzanej przez rośliny takie jak kawowiec. Jest to przecież absolutnie identyczna cząsteczka chemiczna. Identyczne jest też jej działanie na organizm ludzki. No, może z jednym zastrzeżeniem: to, co sprawia, iż kawa działa na nas trochę inaczej niż napój energetyczny, to nie sama kofeina, ale cała „otoczka” różnych innych związków chemicznych obecnych w kawie.

W herbacie z kolei występuje m. in. L-teanina, która u wielu osób łagodzi pobudzające działanie kofeiny i sprawia, iż jest ono bardziej „spokojne”. To są jednak mało istotne szczegóły.

Co jest istotne, to to, iż syntetyczna produkcja kofeiny działa przez cały rok, wykorzystuje bardzo tanie surowce, jest łatwa do zautomatyzowania i od razu daje produkt o wysokiej czystości przekraczającej 99 proc.. A przede wszystkim, nie zależy od zbiorów kawy.

Czy na tym pomyśle da się zarobić?

Ten nieco może osobliwy pomysł produkowania „wzmocnionej” syntetyczną kofeiną kawy zbożowej przyszedł mi do głowy jakiś czas temu, gdy czytałem o wpływie kryzysu klimatycznego na uprawy kawowca. A czy na takim produkcie dałoby się zarobić? Pewności nie mam, ale wydaje mi się, iż tak. Można jednak obawiać się, iż na razie tylko stosunkowo niewielka grupa konsumentów świadomie szukałaby czegoś będącego połączeniem smaku kawy zbożowej z działaniem kofeiny.

Ale tu właśnie jest miejsce na inteligentny marketing. Mamy tu przecież połączenie tradycji z nowoczesnością (kawa zbożowa trafiła do Polski już pod koniec XVIII wieku). Mamy produkt naturalny, ale „upgradowany” dzięki zdobyczom nauki i zaawansowanej technologii.

Jest tu choćby aspekt etyczny – intensywna uprawa kawy szkodzi często środowisku, choćby dlatego, iż może wiązać się z wylesianiem (wyrąb lasu pod zakładane plantacje), znacznym użyciem pestycydów i ogromnym zużyciem wody. W przypadku polskiej kawy zbożowej z dodatkiem syntetycznej kofeiny ten wpływ byłby nieporównywalnie mniejszy. No właśnie, „polskiej” – jest więc tu jeszcze aspekt patriotyzmu gospodarczego, zwłaszcza jeżeli kofeinę produkowałby polski przemysł chemiczny (tak byłoby najlepiej).

Mamy wreszcie aspekt ekonomiczny – taki produkt ma szansę być znacznie tańszy od „prawdziwej” kawy. Zwłaszcza – raz jeszcze podkreślmy – gdy w perspektywie mamy spadek plonów kawy ze względu na zmianę klimatu. Oczywiście, robimy tu milczące założenie, iż gwałtownie zmieniający się klimat naszego kraju wciąż będzie pozwalał na uprawę jęczmienia, żyta czy cykorii.

Nisza do zapełnienia?

Wygląda na to, iż nikt nie zrobił jeszcze na tym pomyśle biznesu. Przynajmniej w Polsce. Pisząc ten tekst, sprawdziłem, czy nie ma takich produktów w innych krajach. Okazuje się, iż są, ale nie zawierają syntetycznej kofeiny, a bogatą w ten związek chemiczny guaranę. Być może produkt, o którym mowa, kierowany jest do osób, które uważają, iż przymiotnik „naturalny” znaczy mniej więcej to samo co „dobry” i „zdrowy”. Z tego powodu zresztą wiele firm podkreśla, iż stosują w swoich produktach „kofeinę pochodzenia naturalnego”. Producenci zwykle wyraźnie eksponują tę informację, ponieważ stanowi ona istotny atut marketingowy.

  • Czytaj także: Bez GMO: „Nie bój się byle czego, mało ci to da”

Mam jednak nadzieję, iż istnieje też całkiem spora grupa ludzi, których przekonają argumenty „za” przytoczone wyżej. I którym „sztuczne” pochodzenie kofeiny nie będzie przeszkadzać. W końcu konsumentom „energetyków” najwyraźniej nie przeszkadza – bo i nie ma żadnych racjonalnych powodów, by przeszkadzało.

W świecie, w którym zmiany klimatu coraz mocniej wpływają na produkcję żywności, warto szukać rozwiązań, które jeszcze kilka lat temu wydawałyby się ekscentryczne. Kawa zbożowa z dodatkiem syntetycznej kofeiny może być właśnie jednym z nich.

Zdjęcie tytułowe: shutterstock/New Africa

Idź do oryginalnego materiału