Paliwo miało być po 5,19 zł. Gdy poszło w górę, koalicja wskazała winnego za oceanem

dzienniknarodowy.pl 4 dni temu
Zdjęcie: Paliwo miało być po 5,19 zł. Gdy poszło w górę, koalicja wskazała winnego za oceanem


Pięć złotych i dziewiętnaście groszy za litr benzyny. Tę cenę Donald Tusk obiecywał jeszcze jako lider opozycji. Gdy w grudniu chwalił się zdjęciem dystrybutora ze wskazaniem 5,18 zł, brzmiało to jak spełniona zapowiedź. Dziś, gdy ceny znów rosną, rządzący mają już gotowego winnego, a nie siedzi on w Warszawie.

Obietnica z czasów opozycji

Wszystko zaczęło się od konkretnej liczby. Jeszcze jako lider opozycji Donald Tusk przekonywał, iż po zmianie rządu litr benzyny może kosztować 5,19 zł. Obietnica była chwytliwa, bo dotykała portfela każdego kierowcy i każdej rodziny robiącej zakupy.

Gdy w grudniu premier opublikował zdjęcie dystrybutora ze wskazaniem 5,18 zł i rzucił półżartem pytanie, czy może być „winny grosika", wyglądało to na triumf. Przekaz był czytelny: zapowiedź dowieziona, a choćby przebita o grosz. Kłopot w tym, iż cena paliwa nie jest deklaracją polityczną, ale wypadkową globalnego rynku, na który polski rząd ma wpływ ograniczony.

Gdy słupki poszły w górę

Kilka miesięcy później narracja musiała się zmienić, bo ceny na stacjach ruszyły w górę. Nagle okazało się, iż tanie tankowanie to już przeszłość. Sama posłanka Koalicji Obywatelskiej Dorota Łoboda przyznała, iż paliwo „było poniżej 6 zł", używając czasu przeszłego, który mówi więcej niż niejedna tabela.

To klasyczny moment, w którym rządzący z roli dobroczyńcy przechodzą do roli tłumaczącego się. Skoro ceny rosną, ktoś musi być winny. Byle nie ten, kto jeszcze niedawno przypisywał sobie zasługę niskich stawek na dystrybutorze.

Winny znalazł się za oceanem

Wskazano go bez wahania. Zdaniem Doroty Łobody odpowiedzialność spada na politykę międzynarodową, a konkretnie na Waszyngton. Jak tłumaczyła posłanka, „nieprzewidywalny zupełnie Donald Trump zaatakował Iran", wiążąc wzrost cen z napięciem na Bliskim Wschodzie.

W tym rozumowaniu jest ziarno prawdy, bo notowania ropy rzeczywiście reagują na konflikty i to one w dużej mierze rządzą ceną na stacji. Rzecz w tym, iż ta sama logika obowiązywała, gdy paliwo taniało. Wtedy jednak globalny rynek nie był bohaterem opowieści, a zasługę za niskie ceny brał na siebie rząd.

Cena politycznych obietnic

Opozycja natychmiast to wypomniała. Mateusz Morawiecki przypomniał dawne deklaracje premiera, punktując wygodną asymetrię: gdy taniej, to sukces władzy, gdy drożej, to wina świata zewnętrznego. To lekcja szersza niż jeden słupek na stacji.

Warto jednak spojrzeć głębiej niż na spór o jedno zdjęcie. Polska pozostaje importerem ropy i jest uzależniona od notowań, na które nie ma bezpośredniego wpływu. Poważna rozmowa nie powinna więc dotyczyć tego, kto zrobił lepszą fotografię na stacji, ale dywersyfikacji dostaw, rezerw strategicznych i realnej odporności krajowego rynku paliw na zewnętrzne wstrząsy.

Ceny paliwa są w Polsce papierkiem lakmusowym zaufania do rządzących. Obietnica konkretnej kwoty była łatwa do złożenia i równie łatwa do obalenia przez pierwszy lepszy wstrząs na rynku ropy. Pozostaje pytanie, czy polska polityka energetyczna opiera się na realnej strategii uniezależnienia od zewnętrznych szoków, czy raczej na zręcznym zarządzaniu narracją o tym, kto jest winny.

Idź do oryginalnego materiału