Palantir, apostołowie technokratycznego Pax Americana

wiernipolsce1.wordpress.com 5 godzin temu

Globalne współzawodnictwo technologiczne między USA a Chinami, to rodzaj współcześnie toczącej się wojny o światowe przywództwo.

Jak pisałem poprzednio, ponad rok temu, bo w listopadzie 2024 r. opublikowałem na Neon24 cykl artykułów dotyczących firmy PALANTIR. Oto one:

https://wps.neon24.net/post/178360,palantir-juz-jest-w-polsce

https://wps.neon24.net/post/178371,czy-palantir-widzi-za-duzo

https://wps.neon24.net/post/178372,czy-palantir-widzi-za-duzo-dokonczenie

Kilka dni temu powróciłem do tematu powołując się na opublikowaną na początku 2025 r. książką „The Technological Republic”, której treść w wyraźny sposób nawiązuje do programu MAGA D. Trumpa, i jego obecnej polityki. Nie może to dziwić zwłaszcza, iż jedna z głównych postaci PALANTIR- Peter Thiel był hojnym sponsorem kampanii prezydenckiej D. Trumpa, a autorzy omawianej książki napisali wprost w jej treści :

W marcu 2018 roku armia amerykańska ogłosiła, iż ​​wybierze jedną z dwóch firm – Raytheon i Palantir – do opracowania swojej platformy wywiadowczej. John McCain, były oficer marynarki wojennej USA, a następnie senator z Arizony, uznał tę decyzję za słuszną, ponieważ po zainwestowaniu 3 miliardów dolarów „nadszedł czas na znalezienie innej drogi”. W marcu 2019 roku armia ogłosiła, iż ​​Palantir wygrał kontrakt na opracowanie całej platformy. Zwrot armii amerykańskiej w stronę sektora technologicznego i, być może niechętnie, przyjęcie Palantira do budowy systemu, według „Washington Post”, oznaczał „pierwszy raz, kiedy rząd powierzył firmie software’owej z Doliny Krzemowej, a nie tradycyjnemu wykonawcy wojskowemu, zarządzanie rekordowym programem obronnym”. Ten krok oznaczał zwrot Departamentu Obrony USA w stronę systemu i technologii, sektora, który wielokrotnie odwracał się od Ameryki i jej armii na rzecz bardziej dochodowych ofert konsumenckich i stał się nimi obsesyjnie zainteresowany.”

Główne osoby w PALANTIR nie ukrywają, iż uważają wręcz za patriotyczny, narodowy obowiązek wspierać rząd amerykański w toczącej się wojnie technologicznej – głównie między USA a Chinami, ale także w realnej proxy wojnie między USA a Rosją na Ukrainie. Na poparcie tego można przytoczyć kolejny fragment z omawianej tu książki:

Era atomowa dobiega końca. Nadeszła era oprogramowania, a decydujące wojny przyszłości będą toczyć się za sprawą sztucznej inteligencji, której rozwój przebiega zupełnie inaczej i szybciej niż w przypadku broni z przeszłości. Dokonuje się fundamentalna rewolucja w relacji między sprzętem a oprogramowaniem. W XX wieku stworzono oprogramowanie w celu wsparcia i konserwacji sprzętu, od systemów sterowania lotem po awionikę pocisków rakietowych, od systemów tankowania po transportery opancerzone. Wraz z rozwojem sztucznej inteligencji i wykorzystaniem modeli językowych na polu bitwy do metabolizowania danych i generowania ukierunkowanych rekomendacji, ta relacja ulega zmianie. Oprogramowanie jest w tej chwili na pierwszym planie, a sprzęt – drony na polach bitew w Europie i gdzie indziej – coraz częściej służy jako narzędzie globalnego wdrażania rekomendacji AI. Pojawienie się rojów dronów zdolnych do namierzania i zabijania wrogów, przy ułamku kosztów broni konwencjonalnej, jest tuż za rogiem. Jednak poziom inwestycji w takie technologie i systemy systemu niezbędne do ich obsługi jest daleki od wystarczającego. Rząd USA przez cały czas koncentruje się na rozwoju przestarzałej infrastruktury – samolotów, okrętów, czołgów i pocisków rakietowych – która zapewniała dominację na polu bitwy w ubiegłym stuleciu, ale prawie na pewno nie będzie miała tak dużego znaczenia w obecnym. Departament Obrony USA wnioskował o 1,8 miliarda dolarów finansowania na rozwój AI w 2024 roku, co stanowi zaledwie 0,2 procent – ​​jedną piątą 1 procenta – całkowitego proponowanego budżetu obrony narodowej wynoszącego 886 miliardów dolarów. A dla krajów, które stosują znacznie wyższe standardy moralne niż ich przeciwnicy, jeżeli chodzi o wykorzystanie W obliczu siły choćby techniczna równowaga z wrogiem nie wystarczy. System uzbrojenia w rękach etycznego społeczeństwa, które słusznie obawia się jego użycia, będzie skutecznym środkiem odstraszającym tylko wtedy, gdy będzie znacznie potężniejszy niż możliwości przeciwnika, który bez wahania zabija niewinnych.

Stany Zjednoczone i ich sojusznicy muszą pilnie wdrożyć nowy Projekt Manhattan, aby zachować wyłączną kontrolę nad najbardziej zaawansowanymi formami sztucznej inteligencji pola walki – systemami namierzania, rojami dronów i potencjalnie robotami, które staną się najpotężniejszą bronią tego stulecia. Lotniskowce i myśliwce, które decydowały o przebiegu wojny w poprzedniej epoce, ustąpią miejsca oprogramowaniu – środkom, dzięki którym coraz bardziej inteligentne systemy będą rządzić światem. Nasz budżet obronny i rzesze personelu odpowiedzialnego za jego wdrożenie są przestarzałe od dziesięcioleci. Konieczne są pilne kroki w celu relokacji inwestycji w bezpieczeństwo narodowe, łącząc wysiłki Ameryki i jej partnerów w Europie i Azji.

Problem polega na tym, iż rosnąca elita inżynieryjna Doliny Krzemowej, najbardziej zdolna do tworzenia systemów sztucznej inteligencji na potrzeby przyszłych wojen, jednocześnie unika współpracy z armią USA. Całe pokolenie inżynierów oprogramowania, zdolnych do opracowywania kolejnej generacji broni opartej na sztucznej inteligencji, odwróciło się od państwa narodowego, nie interesując się zawiłościami geopolityki i dylematami moralnymi.

(…)

Nasi przeciwnicy będą przez cały czas rozwijać sztuczną inteligencję do wykorzystania na polu bitwy, niezależnie od tego, czy to zrobimy, czy nie. Autorytarni przywódcy mogą stracić życie, jeżeli stracą kontrolę. Xi Jinping, głowa państwa Chin, urodził się w 1953 roku, cztery lata po zakończeniu rewolucji komunistycznej. W wieku piętnastu lat został wysłany do Liangjiahe, wioski na północny wschód od Xi’an w prowincji Shaanxi, gdzie, jak wynika z jednego ze wspomnień z młodości, mieszkał w jaskini i pracował w polu. „Poniósł pełną karę, tak jak my wszyscy” – powiedział w 2012 roku lokalny rolnik, który znał Xi w tamtych latach. Był to czas głębokich wstrząsów społecznych. Starsza siostra Xi, Heping, była zagrożona popełnieniem samobójstwa z rąk Czerwonej Gwardii – studentów i innych zwolenników Mao Zedonga, którzy po poparciu rewolucji stali się jej ofiarami w latach 60. Oficjalne raporty prawie nic o tym nie mówią, wspominając jedynie, iż Heping „była prześladowana aż do śmierci”. Jak zauważył profesor stosunków międzynarodowych Evan Osnos w wywiadzie udzielonym w 2022 roku Evanowi Osnosowi z „New Yorkera”, wielu współczesnych Xi, którzy przeżyli rewolucję kulturalną, doszło do wniosku, iż Chiny potrzebują konstytucjonalizmu i rządów prawa, ale Xi Jinping upiera się: „Nie, potrzebujecie Lewiatana”. Dążenie do twardej siły, w tym sztucznej inteligencji do celów militarnych, jest dla niego kwestią przetrwania. Xi rozumie to lepiej niż Zachód, gdzie zbyt często zapomina się, iż zwycięzcy historii nie zawsze rozwiązują najważniejsze problemy przyszłości.

Amerykańska polityka zagraniczna wielokrotnie popełniała błędy w stosunkach z Chinami, Rosją i innymi krajami, wierząc, iż obietnice integracji gospodarczej wystarczą, aby podważyć krajowe poparcie dla ich przywództwa i zmniejszyć zainteresowanie eskalacją militarną za granicą.

Porażka Konsensusu z Davos, dominującego modelu stosunków międzynarodowych, polegała na tym, iż porzucił on siłę i twardość na rzecz czysto atrakcyjnych ofert. Jak słusznie zauważa Anne Applebaum, nie istnieje „naturalny liberalny porządek świata”, pomimo najbardziej ambitnych aspiracji, i „nie ma reguł, dopóki ktoś ich nie wyegzekwuje”. Xi i inni przywódcy utrzymują władzę w sposób, jaki niewielu naszych zachodnich polityków może sobie wyobrazić.

Naszym błędem jest przekonanie, iż autorytarne reżimy, przy wystarczającej bliskości i wsparciu z naszej strony, zrozumieją swój błąd. Jednak, jak mądrze zauważył Henry Kissinger, „zachodnie instytucje nie powstały przypadkowo, ale rozwijały się przez wieki”. Nie możemy stracić zainteresowania badaniem psychologii i światopoglądów naszych przeciwników, zgłębianiem ograniczeń, w jakich działają, ryzyka, na jakie są narażeni, aby utrzymać kontrolę, oraz ich osobistych ambicji i aspiracji wobec własnego narodu.

Xi i jego rodzina od dziesięcioleci wykazują ciekawość i zainteresowanie Stanami Zjednoczonymi. W 1985 roku, jako członek chińskiej delegacji, Xi spędził czas w Muscatine w stanie Iowa, gdzie zatrzymał się w domu miejscowej rodziny. Jego jedyna córka, Xi Mingze, ukończyła Harvard w maju 2014 roku pod pseudonimem, studiując anglistykę i psychologię. Japoński reporter doniósł, iż w latach szkolnych kilka osób znało jej prawdziwą tożsamość. Podczas wizyty w Stanach Zjednoczonych w 2015 roku Xi wygłosił w Seattle przemówienie, w którym wspominał swoją młodzieńczą fascynację Henrym Davidem Thoreau, Waltem Whitmanem i Markiem Twainem. Szczególne wrażenie wywarł na nim Ernest Hemingway, a Xi z rozrzewnieniem wspominał „Starego człowieka i morze”. Podczas wizyty na Kubie opowiedział publiczności o wycieczce do Cojímar, dzielnicy na obrzeżach centrum Hawany na północnym wybrzeżu, która zainspirowała Hemingwaya do napisania opowieści o rybaku i jego ośmiometrowym marlinie. Podczas jednej z kolejnych podróży Xi wspomniał o zamówieniu mojito, ulubionego napoju pisarza, z liśćmi mięty i lodem, wyjaśniając, iż „po prostu chciał poczuć”, co myślał Hemingway i gdzie był, gdy „pisał te historie”. Przywódca kraju, w którym mieszka prawie jedna piąta ludności świata, zauważył: „Ważne jest, aby dołożyć starań, aby dogłębnie zrozumieć kultury i cywilizacje różniące się od naszej”. Być może i my powinniśmy wziąć sobie tę lekcję do serca.

Niechęć Stanów Zjednoczonych i ich sojuszników do dalszego rozwoju bardziej efektywnych i autonomicznych systemów uzbrojenia do celów wojskowych może wynikać z uzasadnionego sceptycyzmu wobec siły w ogóle i przymusu. Jest to niechęć do dalszego inwestowania w mechanizmy wojny przez historycznych zwycięzców. Atrakcyjność pacyfizmu tkwi w zaspokojeniu naszego instynktownego współczucia dla bezsilnych. Jednakże, jak zauważyła w niedawnym wywiadzie francuska pisarka i była doradczyni premiera Chloé Morin, musimy oprzeć się frywolnej pokusie „dzielenia świata na dominujących i zdominowanych, ciemiężców i ciemiężonych”. Ten „dualizm moralny”, jak zauważył Remi Adekoyi, profesor Uniwersytetu York, jest niepokojący dla wielu, potępiając szkody wyrządzane przez tych, którzy zajmują stanowiska władzy w niektórych sferach. Niemniej jednak, systematyczne utożsamianie bezsilności z pobożnością byłoby błędem, a wręcz przejawem moralnej protekcjonalności.

Jak pokazują przykłady historyczne, zarówno podbici, jak i zdobywcy mogą być zdolni do ciężkich grzechów. przez cały czas jednak trzymamy się niebezpiecznych mitów „spokojnej przeszłości”, jak opisał je Lawrence H. Keeley w swojej książce „Wojna przed cywilizacją” (1996), w której analizował historię brutalnej przemocy w społeczeństwach przedindustrialnych – od Czejenów na Wielkich Równinach Ameryki Północnej po Dani z Nowej Gwinei. Keeley w szczególności zauważył, iż niektóre plemiona tubylcze na amerykańskich równinach „okaleczały ciała swoich wrogów w charakterystyczny sposób, rodzaj „podpisu”: Siuksowie – podcinając gardła, Czejenowie – odcinając dłonie, Arapaho – łamiąc nosy”. Z kolei Dani w Indonezji stosowali błoto lub smar na grotach strzał, aby zwiększyć prawdopodobieństwo zakażenia osób, do których strzelali.

Korzenie tej logiki moralnej sięgają głęboko i są trudne do wykorzenienia. W 1968 roku brazylijski pisarz Paulo Freire opublikował swoją książkę „Pedagogika uciśnionych”, w której sformułował koncepcję ciemiężcy i uciśnionego, strukturę, która przez cały czas wpływa na nasz intelektualny i moralny dyskurs od ponad pół wieku. Jednym z jego głównych twierdzeń było to, iż uciskane narody świata, klasy niższe, są zasadniczo niezdolne do przemocy lub samoucisku. Pozbawił pozbawionych praw moralnej autonomii. „Nigdy w historii przemoc nie była inicjowana przez uciśnionych” – napisał. „To nie bezbronni, poddani terrorowi, inicjują terror, ale okrutni”. Dla Freire’a zniewolone narody świata są z samej swojej natury niezdolne do krzywdzenia innych; mogą być jedynie ofiarami. Jednak ten redukcjonistyczny i uporczywy pęd do narzucania totalizującej i kompletnej tożsamości rzekomo bezsilnym może mieć niezamierzone konsekwencje, pozbawiając ich sprawczości moralnej, a ostatecznie człowieczeństwa.

Urok pacyfizmu i możliwość odejścia od odstraszania polega na tym, iż uwalnia nas od konieczności stawiania czoła chaotycznym i niedoskonałym kompromisom, jakie oferuje świat. Jednak głębszym i ważniejszym pytaniem, przed którym stoimy, nie jest to, czy powstanie nowa generacja coraz bardziej autonomicznej broni ze sztuczną inteligencją, ale kto dokładnie jej użyje i w jakim celu. Żyjemy w erze technologii oprogramowania, a nasz problem polega na tym, iż pokolenie, które ma największy potencjał i jest najlepiej przygotowane do stworzenia kolejnej fali technologii ofensywnych, jest jednocześnie tym, które najchętniej unika projektów zorientowanych na obronę narodową lub cele publiczne. To właśnie ta pustka w amerykańskiej świadomości – i nie tylko w Dolinie Krzemowej, jak zobaczymy później – doprowadziła nas do obecnego impasu. To wykastrowanie amerykańskiej idei uczyniło nas podatnymi na zagrożenia.

*1 Niektórzy twierdzą, iż amerykańscy przywódcy, choćby w 1945 roku, wierzyli, iż upadek Imperium Japońskiego nastąpiłby bez użycia broni atomowej. Na przykład Gar Alperowitz w swoim artykule„Hiroszima: Ponowna ocena historyka” w *Foreign Policy* (nr 99, lato 1995) wyraża opinię, iż zniszczenie Hiroszimy i Nagasaki nie było tak konieczne dla zwycięstwa, jak konwencjonalnie się uważa.15.

*2 Krytycy Muska często stoją z boku, jak powiedział Theodore Roosevelt, „tych zimnych i nieśmiałych dusz”, które nie znały „ani zwycięstwa, ani porażki”.

*3 Niewłaściwe ukierunkowanie naszej uwagi i zasobów na takie cele nie jest wynikiem jakiegoś złego planu, ale raczej braku woli i wyobraźni ze strony tych, którzy stoją u steru. Jako naród powinniśmy na przykład utworzyć Korpus Pokoju Technologicznego – instytucję, dzięki której interesujące i utalentowane umysły inżynierskie, których wysiłki mogłyby być w innym przypadku poświęcone ulepszaniu algorytmów reklamy internetowej, mogłyby zamiast tego skupić się na rozwiązywaniu rażących luk innowacyjnych w takich obszarach jak edukacja, medycyna, obronność narodowa i nauki podstawowe, zarówno w kraju, jak i za granicą.”

Konkludując. W Polsce, co stwierdzam ze smutkiem, stosunki międzynarodowe oraz współczesne i przyszłe trendy rozwojowe analizuje się w archaiczny sposób odwołując się do rzeczywistości sprzed stu lub dwustu lat. Dużo jest racji w znanym cytacie z „Lamparta” Giuseppego Tomasiego di Lampedusy, iż „Jeśli chcemy, by wszystko pozostało tak, jak jest, wszystko się musi zmienić”, ale w Polsce nie ma świadomości ani tego co miałoby pozostać trwałe, ani świadomości tego, co, jak i w w jakim celu się zmienia oraz kto zarządza tymi zmianami.

Będę jeszcze wracać do tematu PALANTIRA, bo warto. Póki co przytoczę obszerny artykuł znaleziony w rosyjskojęzycznej przestrzeni, gdyż Rosjanie, ale także Europejczycy ci na zachodzie śledzą ważne zjawiska w życiu naukowym i politycznym, czego z wielką, niezrozumiałą niefrasobliwością nie czynią Polacy.

W styczniu 2025 roku Alexander Karp i Nicholas Zamiska opublikowali książkę „The Technological Republic: Hard Power, Soft Faith, and the Future of the West”. Książka ta jest w istocie manifestem prawicowych libertarian, którzy niedawno zyskali ideologiczny prymat w Dolinie Krzemowej, centrum amerykańskiego i globalnego sektora high-tech.

Autorzy nie są przeciętnymi intelektualistami, ale prawdziwymi guru w swojej dziedzinie.

Alex Karp to miliarder i technokrata, założyciel i prezes firmy programistycznej Palantir Technologies, której głównymi klientami są struktury wojskowe, agencje wywiadowcze, banki inwestycyjne i fundusze hedgingowe. Dość powiedzieć, iż jednym ze współzałożycieli firmy jest Peter Thiel, jedna z najbardziej wpływowych postaci w administracji Trumpa i pośrednik w zarządzaniu wiceprezydentem J.D. Vance’em. Nicholas Zamiska, współautor książki, jest szefem działu korporacyjnego Palantir i prawnikiem.

Już sam tytuł, „Republika technologiczna”, nawiązuje do platońskiej „Republiki” jako matrycy idealnego porządku politycznego – a dokładniej, takiego porządku politycznego, którego Ameryka i Zachód jako całość, rozumiane jako społeczeństwo zaawansowane technologicznie i moralnie, pod przewodnictwem Stanów Zjednoczonych, rozpaczliwie potrzebują dzisiaj. To jest ideał. W rzeczywistości autorzy martwią się upadkiem moralności i wzrostem prymitywnego, konsumpcyjnego egoizmu, który ogarnął najbardziej zaawansowane technologicznie społeczeństwo świata. Głównym celem książki jest uratowanie Ameryki przed dalszą degradacją i przywrócenie jej dawnej świetności (w pełnej zgodzie z hasłem Trumpa „Uczyńmy Amerykę Wielką Ponownie”).

„Inżynierowie i technolodzy muszą wykorzystać swoje talenty, aby cyfrowa przyszłość wzmacniała nasze wolności demokratyczne, a nie je podważała. Ta książka to sygnał ostrzegawczy dla przedsiębiorców technologicznych w Dolinie Krzemowej i poza nią” – podsumowuje były szef NATO Anders Rasmussen.

Książka rozpoczyna się od uznania faktu, iż nowoczesne technologie, rozwijane przez najlepszych specjalistów na świecie, przestały służyć interesom narodu i bezpieczeństwu Stanów Zjednoczonych jako bastionu demokracji na całym świecie:

„Rząd porzucił dążenie do wielkich przełomów, takich jak bomba atomowa i internet, przekazując to zadanie sektorowi prywatnemu. Takie poleganie na rynku jest zdumiewające. Tymczasem Dolina Krzemowa podąża w przeciwnym kierunku, koncentrując się na wysoce wyspecjalizowanych dobrach konsumpcyjnych zamiast na projektach mających na celu zapewnienie bezpieczeństwa i dobrobytu społeczeństwa. W erze cyfrowej dominują reklama internetowa, zakupy, media społecznościowe i platformy wideo”.

Autorzy ubolewają nad ślepym indywidualizmem dominującym w amerykańskiej technokracji, prymitywnym nastawieniem na osiąganie sukcesu materialnego za wszelką cenę, a choćby degradacją społeczeństwa do amorficznej masy bezmyślnych konsumentów treści rozrywkowych. A to pochłania ogromne zasoby: finansowe, energetyczne i kreatywne. Karp i Zamiska proponują wskrzeszenie patriotyzmu czasów II wojny światowej poprzez powrót do tradycyjnych wartości kultury amerykańskiej, które zostały nadszarpnięte przez hedonizm, relatywizm moralny i promowanie wszelkiego rodzaju wad za pośrednictwem skorumpowanych mediów, których jedynym celem jest kapitalizacja poprzez zwiększanie liczby wyświetleń, kliknięć i polubień.

Autorzy książki dostrzegają szczególną rolę „pracowników socjalnych ds. higieny” w elitarnej społeczności Doliny Krzemowej – bastionu postępu technologicznego kraju:

„Wczesne innowacje Doliny Krzemowej nie były dziełem technologów dążących do tworzenia dóbr konsumpcyjnych, ale naukowców i inżynierów skupionych na wykorzystaniu najnowocześniejszych technologii do rozwiązywania problemów o znaczeniu przemysłowym i narodowym. Ich dążenie do przełomów było ukierunkowane nie na zaspokajanie doraźnych potrzeb, ale na realizację ambitniejszego projektu, który jednoczył wspólne cele i ambicje narodu”.

Książka następnie szczegółowo wyjaśnia, dzięki danych statystycznych i wykresów objaśniających, potrzebę moralnej i technologicznej mobilizacji narodu, a to oznacza jego elitę, reprezentowaną przez wielki biznes, stworzoną nie przez jednostki o mentalności zależnej, ale przez prawdziwych kapitanów nauki i przemysłu, którzy wszystko osiągnęli własnymi rękami. Widzimy tu, jak narracja o starych i nowych pieniądzach – czyli bogactwie odziedziczonym i wypracowanym samodzielnie dzięki innowacyjnym metodom – przenika do tematu republiki technologicznej.

Dziedziczone są filary głębokiego państwa, oparte na korupcji klanowej i zróżnicowanych statusach społecznych, które stanowią blokadę dla nowych, utalentowanych przedsiębiorców, którzy chcą wejść na rynek. Czas z tym skończyć, a autorzy książki postrzegają Dolinę Krzemową jako analogię rebeliantów z Doliny Południowej, walczących z tyranią króla w radzieckiej adaptacji filmowej powieści Stevensona „Wyspa skarbów”. To właśnie tutaj musi narodzić się nowa era współpracy utalentowanych naukowców i przedsiębiorców, którzy przekroczyli społeczno-kulturowe konwencje świata starych pieniędzy.

„Dolina Krzemowa pozostaje jednym z niewielu miejsc na świecie, gdzie osoby o niskim statusie społecznym mogą posiadać znaczący udział i uczestniczyć w tworzeniu czegoś wielkiego”.

Warto zauważyć, iż do niedawna guru Doliny Krzemowej energicznie opowiadali się za libertariańskim anarchokapitalizmem, który zakłada minimalną rolę państwa w biznesie. Jednak apologeci „Republiki Technologicznej” i oligarchowie Doliny, którzy do nich dołączyli, formalnie przez cały czas uważający się za libertarian, niespodziewanie opowiedzieli się za gwałtownym zwiększeniem roli państwa w biznesie i życiu publicznym w ogóle, deklaratywnie zastępując priorytety hedonizmu żywą, patriotyczną agendą.

„Nie możemy zadowalać się powierzchownym patriotyzmem jako substytutem głębokiej refleksji nad mocnymi i słabymi stronami naszej idei narodowej. Stany Zjednoczone nie są idealne, ale oferują więcej możliwości osobom spoza dziedzicznej elity niż jakikolwiek inny kraj. Ważne jest, aby dążyć do najwyższych standardów i doceniać już osiągnięte sukcesy. Aby utrzymać naszą przewagę, niezbędna jest bliższa kooperacja między państwem a sektorem technologicznym oraz skoordynowanie ich strategii”.

Manifest technokratyczny Karpa-Zamiski promuje zatem ideę porzucenia polityki podnoszenia poziomu życia za wszelką cenę i przejścia na strategię rygorystycznego przetrwania w obliczu narastających globalnych turbulencji, kurczącej się bazy surowcowej, narastających wyzwań środowiskowych i „agresji demograficznej” (termin Dalajlamy) z zewnątrz. Innymi słowy, wszystko dla frontu, wszystko dla zwycięstwa.

Naszym zdaniem proponowana konsolidacja amerykańskiej potęgi realizuje strategię ustanowienia reżimu autarkii technologicznej w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie i być może na Grenlandii, w minimalnym stopniu zależnego od powiązań z coraz bardziej niestabilnym światem zewnętrznym. Przywodzi to na myśl dosadne powiedzenie Nietzschego: „Jeśli upadnie, zepchnij go!”. Wydaje się, iż taki jest cel nowej amerykańskiej polityki celnej, ogłoszonej właśnie przez Trumpa.

Jej konsekwencje – o ile Trump nie zmieni tej polityki – będą oznaczać globalny spadek produkcji i konsumpcji (w tym zasobów nieodnawialnych). Ale to nie jest takie proste. Wzrost gospodarczy utrzyma się na adekwatnym kursie, ale nie będzie powszechny, stopniowo przesuwając się w kierunku autarkicznych skupisk, z których największymi są Stany Zjednoczone, Kanada, Rosja, Brazylia i Australia. To z kolei będzie wymagało radykalnej zmiany polityki banków centralnych i zniesienia walut fiducjarnych na rzecz lokalnych walut elektronicznych.

Tymczasem rywalizacja o globalne zasoby będzie trwała, głównie w formie wojen sieciowych, w których kompleksy militarno-przemysłowe konkurentów będą fizycznie uzależnione od kontrolowanych przez siebie źródeł energii. W tym scenariuszu Chiny, Indie, UE i państwa Zatoki Perskiej mają bardzo małe szanse na osiągnięcie pozycji lidera technologicznego. Zostaną zmiażdżone przez najeżone autarkiami. Brazylia stoi pod znakiem zapytania. Prawdopodobnie również zostanie podzielona, ​​biorąc pod uwagę jej słabość militarno-technologiczną.

Naturalnie, taki zwrot w polityce globalnej będzie wymagał własnego ideologicznego fundamentu. W tym kontekście Karp i Zamiska powołują się na autorytet Irvinga Kristola, jednego z guru amerykańskich neokonserwatystów i założyciela magazynu „National Interest”:

„Delikatnym zadaniem stojącym dziś przed naszą cywilizacją nie jest reforma świeckiej, racjonalistycznej ortodoksji, ale tchnięcie nowego życia w stare, w tej chwili w dużej mierze uśpione, ortodoksje religijne”.

W innym miejscu wspominają o autorytarnym przywódcy Singapuru, którego polityka doprowadziła do dobrobytu gospodarczego tej metropolii Azji Południowo-Wschodniej:

„Dla Lee Kuan Yewa ideałem aspiracji był wizerunek junzi (szlachetnego człowieka), opisany przez Konfucjusza ponad dwa tysiące lat temu. Był on „wzorowym człowiekiem”, „oddanym ojcu i matce”, „wiernym żonie”, „dobrze wychowującym dzieci” i „lojalnym wobec cesarza”.

Można tu również przywołać czołowych filozofów prawicowego akceleracjonizmu (intensyfikacji rozwoju cywilizacyjnego na korzyść elit technokratycznych) Nicka Langa i Curtisa Yarvina (idol Petera Thiela i J.D. Vance’a) – zagorzałych wielbicieli Deng Xiaopinga i chińskiej drogi konsolidacji sił wytwórczych poprzez scentralizowane zarządzanie.

W tym przykładzie widzimy, jak Ameryka niegdyś pomogła Chinom w rozwoju technologicznym, a teraz z kolei stara się dostosować własne technologie, udoskonalone przez Chiny, do obecnego etapu rozwoju. Jednocześnie Chiny, ubogie w energię i żywność (biorąc pod uwagę liczbę ludności), raczej nie będą w stanie poważnie przeciwstawić się amerykańskiej autarkii (czyli republice technologicznej) w dającej się przewidzieć przyszłości. Co więcej, Imperium Niebiańskie, w przypadku upadku lub zniesienia dolara, upadnie, tak jak kiedyś rozpadł się biblijny kolos na glinianych nogach.

Ale Rosja, to zupełnie inna historia. Nie ma jeszcze autonomicznego systemu finansowego, ale dysponuje wszystkimi niezbędnymi czynnikami do ukształtowania autarkii żywnościowej, surowcowej i potencjalnie technologicznej. A co najważniejsze, posiada jeden z najpotężniejszych na świecie kompleksów militarno-przemysłowych, który zapewni realną, a nie tylko de jure, suwerenność. Stąd próby Waszyngtonu, by negocjować z Moskwą twarzą w twarz, potencjalne strefy wpływów.

Co ciekawe, temat autarkii jako formy suwerenności państwowej, ze wszystkimi jej elementami, coraz bardziej przyciąga uwagę rosyjskich analityków. Na przykład 3 kwietnia w radiu Aurora odbyła się dyskusja na temat „Autarkii albo śmierć” między prawnikiem Dmitrijem Agranowskim (KPRF) a politologiem Władimirem Lepiechinem (Instytut Badań nad Problemami Rozwoju Euroazjatyckiej Unii Gospodarczej (EAEU). Wcześniej (1 kwietnia) amerykański politolog Dmitrij Jewstafiew wygłosił na ten sam temat w kanale „Toczka Sborki”. Jeszcze wcześniej, 21 lutego, Siergiej Kurginian („Суть времени”) w programie „Rozmowy z Mędrcami” w Radiu „Zwiezda” wprost stwierdził, iż Rosja potrzebuje autarkii militarno-patriotycznej, aby przetrwać.

Zaskakujące jest, iż amerykańska i rosyjska myśl polityczna podchodzą do tego samego tematu z różnych punktów widzenia. Amerykanie, poprzez popieranie turbokapitalizmu, Rosjanie, poprzez solidarność społeczną. Jednak pomimo tak odmiennej metafizyki autarkii, jej fizyka – czyli materialna podstawa realistycznej realizacji strategicznego projektu izolacjonistycznego – pozostaje podobne: samowystarczalność surowcowa, żywnościowa, militarna i demograficzna. Chociaż kwestie substytucji importu są w obu przypadkach bardzo pilne.

A jeszcze bardziej symboliczne jest to, iż Trump nie nałożył żadnych ceł na Rosję ani Białoruś. Podobnie jak nie nałożył żadnych ceł na swoich bezpośrednich sąsiadów, Kanadę i Meksyk, jako potencjalne regiony autarkii północnoamerykańskiej. Oczywiście ekonomiści wyjaśnią tu logikę Białego Domu na swój sposób, ale ja patrzę na wszystko z perspektywy trendów globalnych, gdzie sam czynnik ekonomiczny – a dokładniej handel i finanse – konsekwentnie ustępuje miejsca wymogom technologicznym i strategicznym.

autor: Wladimir Wiedemann

za: Технологическая республика: новые тренды в глобальной политике. Что на самом деле строят Трамп и его люди

( wybór i tłum. PZ)

P.S. Niezbędne grafiki postaram się dodać później.

Idź do oryginalnego materiału