Nie ma kto pisać do związkowca

2 dni temu

Porażka Luli w pierwszej turze brazylijskich wyborów ma znaczenie dla połowy świata

Wyniki przeprowadzonych 4 października wyborów nie powinny nikogo dziwić. Wygrał, zdobywając 47% poparcia, kandydat reakcyjnej prawicy Flávio Bolsonaro, syn byłego prezydenta, odsiadującego w tej chwili wyrok za zamach stanu, człowiek o skłonnościach do otwartego autorytaryzmu. Drugie miejsce zajął urzędujący prezydent, symbol lewicy globalnego Południa, Luiz Inácio Lula da Silva, na którego głos oddało 45% wyborców.

Lula należy do naprawdę niewielu polityków, w przypadku których słowo legenda nie jest przesadzone. Sławę zdobywał jeszcze w latach 80. jako lider związkowy. Potem krok po kroku budował struktury brazylijskiej lewicy, tłamszone przez brutalne represje wojskowej dyktatury z lat 1964-1985. Pierwszy raz o poważny urząd ubiegał się w 1983 r., startując na gubernatora bogatego i ludnego stanu São Paulo, tradycyjnej trampoliny do pierwszego szeregu brazylijskiej polityki. Wtedy przegrał z kretesem, otrzymując 11% głosów. Ale niemal równo dwie dekady później, 1 stycznia 2003 r., rozpoczynał urzędowanie jako prezydent najważniejszego kraju w Ameryce Łacińskiej i, jak się później okazało, jednego z kluczowych państw rodzącej się globalnej tożsamości antyglobalizacyjnej.

Różowy prąd w odwrocie

Pierwsze dwie kadencje Luli jako głowy państwa to adekwatnie synteza opowieści o światowych przemianach tamtych lat. Bum na rynku surowcowym przynoszący olbrzymie zyski, zwłaszcza z eksportu ropy naftowej, z czasem też produktów sojowych. Pierwsze oznaki lewicowego populizmu. Mocny nacisk na redystrybucję, wspierane przez Bank Światowy bezpośrednie transfery gotówkowe. W Brazylii ich symbolem stał się program Fome Zero służący zwalczaniu głodu wśród dzieci. Założenie było proste: najuboższe rodziny dostawały wypłaty z budżetu państwa pod warunkiem dbałości o regularne uczęszczanie dzieci do szkół. Efektem było wydźwignięcie niewyobrażalnej z europejskiego punktu widzenia liczby 28 mln ludzi z ubóstwa absolutnego.

Brazylia zmieniała się dynamicznie, ewoluował też jej wizerunek na arenie międzynarodowej. Lula był zdecydowanie najaktywniejszym prezydentem kraju w tej dziedzinie, nie bojąc się kontrowersyjnych sojuszy. Wychowany w zimnowojennej interpretacji rzeczywistości, gdzie największym złem był amerykański imperializm, nigdy nie wahał się krytykować lokatorów Białego Domu, choćby relatywnie postępowego Baracka Obamy. Europejczyków traktował po macoszemu, otwierając kraj na chińskie inwestycje i zwiększając na masową skalę własny eksport do Państwa Środka. Wszedł do nowo powstałego wtedy aliansu BRICS, razem z Władimirem Putinem. Potrafił deklarować wsparcie dla Hamasu i Hezbollahu, otwarcie potępiał Izrael. I czuł się pewnie, bo jego zwycięstwo w 2002 r. rozpoczęło zjawisko nazwane później w naukach o Ameryce Łacińskiej „różowym prądem”.

Evo Morales w Boliwii i jego wielonarodowa republika mniejszości etnicznych. Néstor i Cristina de Kirchner w Argentynie czy reformująca małymi krokami chilijski neoliberalizm Michelle Bachelet. Dalej José

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Post Nie ma kto pisać do związkowca pojawił się poraz pierwszy w Przegląd.

Idź do oryginalnego materiału