Z Moniką Styczek-Kuryluk, założycielką Fundacji Mała Wielka Zmiana oraz z Robertem Kurylukiem, przewodniczącym Stowarzyszenia Producentów Żywności metodami ekologicznymi Ekoland, który od 1995 roku prowadzi z żoną 34-hektarowe ekologiczne gospodarstwo, rozmawiamy o przemysłowej produkcji żywności, rozwoju wsi i odpowiedzialności konsumentów za środowisko naturalne.
Monika Styczek-Kuryluk
Absolwentka Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie (specjalizacja: rolnictwo ekologiczne). Doświadczenie międzynarodowe i organizacyjne zdobywała w IFOAM EU Group w Brukseli (międzynarodowa Federacja Rolnictwa Ekologicznego), Heifer International Polska (projekty proekologiczne i edukacyjne dla lokalnych społeczności oraz rolników na całym świecie) oraz Biurze Rolnym Ambasady Stanów Zjednoczonych w Warszawie. W 2014 roku założyła Fundację Mała Wielka Zmiana, której jest prezeską – organizację promującą rolnictwo ekologiczne, zrównoważony rozwój wsi i edukację. Wspólnie z mężem prowadzi 33-hektarowe ekologiczne gospodarstwo.
Robert Kuryluk
Przewodniczący Stowarzyszenia Producentów Żywności Metodami Ekologicznymi EKOLAND. Z wykształcenia leśnik. Od 1995 r. prowadzi wraz z żoną 33-ha ekologiczne gospodarstwo w Holeszowie, certyfikowane od 1996 r. (pierwszy atest EKOLAND, w tej chwili AGRO BIO TEST). Profil: uprawa dyni (bezłuskowej, hokkaido), fasoli czerwonej kidney, kozłka lekarskiego, zbóż (orkisz, gryka, żyto), małe przetwórstwo i sprzedaż bezpośrednia do kooperatyw, sklepów bio oraz eksport. Jako doświadczony rolnik ekologiczny występuje na targach BioFach (Norymberga), seminarium Dobre Żniwa (Grzybow), konferencjach OMF (EkoConnect, Warszawa), targach Natura Food (Łódź). Współorganizuje wyjazdy studyjne dla rolników ekologicznych do Polski i zagranicy. Pasjonat ornitologii.
(Wywiad jest zredagowaną i uzupełnioną wersją podcastu Czy masz świadomość? pt. Wygraliśmy! Jak mieszkańcy zablokowali fermę drobiu i biogazownię)
Rafał Górski: Jakie jest największe kłamstwo powtarzane przez inwestorów, gdy chcą zbudować fermy drobiu lub biogazownie?
Robert Kuryluk: Największym kłamstwem jest opowiadanie lokalnej społeczności, iż inwestycja stworzy nowe miejsca pracy. Ludzie często się na to nabierają, bo nie znają technologii produkcji na wielkopowierzchniowych fermach. Drugim typowym kłamstwem jest obietnica współpracy z lokalnymi rolnikami i rozwój regionu. Niestety zderzenie z rzeczywistością jest przykre. Nie dość, iż nie powstają nowe miejsca pracy, bo takie przedsięwzięcia są zwykle obsługiwane przez firmy zewnętrzne, to na dodatek eliminują z rynku wszelką konkurencję.
Monika Styczek-Kuryluk: Aby uniknąć podatków i spełniania różnych kwestii formalnych, częstą praktyką jest ukrywanie się inwestora pod przykrywką lokalnego rolnika, który jest inwestorem tylko na papierze.
Przed rozpoczęciem inwestycji najpierw przeprowadzane są konsultacje. Gdy twarzą takiej inwestycji jest znajomy rolnik, to odbiór jest pozytywny. Lokalna społeczność czuje się spokojna, bo przecież to jest „nasz człowiek”, który ma prawo się rozwijać. To trik manipulacyjny. Taki rolnik, jako prawny właściciel ziemi, udostępnia inwestorowi swoje dane do złożenia dokumentów, po czym, o ile transakcja dochodzi do skutku, odsprzedaje swoją ziemię prawdziwemu inwestorowi.
Jakie są najczęstsze błędy mieszkańców w pierwszych tygodniach protestu, które przesądzają o tym, czy inwestor wygrywa batalię?
RK: Pierwszym błędem jest brak zainteresowania mieszkańców tym, co się dzieje na terenie ich gminy. Zbyt rzadko zaglądają na stronę internetową, którą prowadzi gmina lub BIP, czyli Biuletyn Informacji Publicznej, w którym są ogłaszane przetargi i lokalne inwestycje. Drugim błędem jest mniemanie, iż „mnie to nie dotyczy”. zwykle pierwszy alarm podnoszą ludzie, którzy mieszkają w najbliższej lokalizacji tych inwestycji, bo ona dotyka najbardziej ich żywotnych interesów. Dopiero później dołączają inni. Kolejnym błędem jest próba działania w pojedynkę. Niestety mamy zbyt mało organizacji pozarządowych, które mogą przystąpić jako strona w postępowaniu administracyjnym.
Spotkałem się z państwem podczas protestów przeciwko budowie ferm drobiu na Podlasiu w 2023 roku. Wtedy powiedział pan: „Tu sobie spokojnie żyliśmy i myśleliśmy, iż nas to nie dotyczy”. Co zmieniło się w pana myśleniu od tamtej pory?
RK: To są moje słowa. Wtedy żyliśmy w wyidealizowanym świecie, we „wsi spokojnej, wsi wesołej”, podczas gdy świat agresywnie pruł do przodu.
W tej chwili żyjemy w czasach, które są określane jako land grabbing, czyli przejmowanie kontroli nad gruntami rolnymi, wodami czy lasami przez korporacje.
W pewnym momencie dotarło do nas, iż to wszystko podeszło pod nasze podwórze. Teraz praktycznie każdego miesiąca odbieramy telefony od ludzi znajomych i tych nieznajomych, którzy reagują podobnym stwierdzeniem: „nie przypuszczaliśmy, iż to nas dotknie!”
Czego dotyczyła inwestycja na Podlasiu w 2023 roku?
RK: Dotyczyła budowania kurników. Wprawdzie inwestycja miała być prowadzona w sąsiedniej gminie, ale lokalizacja była oddalona niecały kilometr od naszego gospodarstwa. Gdy się o tym dowiedziałem, poczułem to samo, co wielu ludzi w takiej sytuacji: strach i niepewność, co z nami będzie. Wezbrała we mnie również złość i rozgoryczenie na brak informacji o tak dużej inwestycji. Następnie przyszło pytanie, co z tym fantem zrobić. Zaczęliśmy szukać pomocy i wsparcia, które szczęśliwie otrzymaliśmy. Gdy już wiemy, z jaką bestią mamy do czynienia, wtedy ten strach ustępuje, a przychodzi normalne racjonalne działanie.
Piszemy o Ludziach, a nie o władzy
Pokazujemy prawdę o przyczynach, nie o skutkach. Jesteśmy Twoim głosem. Wspieraj niezależność!
Przekaż darowiznę i stań się naszym współwydawcą
Czy słysząc o takich wielkich inwestycjach ludzie podchodzą do nich z rezygnacją? Czy nie mówią, iż i tak się nic nie da zrobić, bo przecież druga strona jest silniejsza, ma prawników i pieniądze?
RK: To jest bardzo częsta postawa, ale nie ma rzeczy niemożliwych. Dawid pokonał Goliata. Musimy sobie zdać sprawę, iż to my jesteśmy stąd, my jesteśmy tą ludnością tubylczą. To my tutaj żyjemy od pokoleń. Mamy prawo tu mieszkać i mamy prawo do tej ziemi. To jest nasza największa siła.
MS-K: Wydaje się nam, iż walczymy z czymś potężnym, uzbrojonym finansowo i prawniczo i od razu ustawiamy się na straconej pozycji. Często słyszymy argumenty, iż gminy muszą być postępowe, żeby się rozwijać i bogacić. To jest koktajl wybuchowy złożony z racjonalnych argumentów połączonych z zastraszaniem.
My zwyciężyliśmy, bo otrzymaliśmy życzliwą pomoc od kogoś, kto sam przeszedł przez podobną sytuację. Dał nam wskazówki do działania. Podpowiedział, co zrobić.
Gdy mamy poczucie własnej wartości i odpowiedzialności za naszą ziemię, która jest dorobkiem naszym i poprzednich pokoleń, i chcemy, aby istniała dalej, to wtedy mamy siłę do walki.
Aby uzyskać aprobatę mieszkańców, inwestor oferuje się różne zachęty finansowe np. na poprawę infrastruktury lub na wspomożenie funkcjonowania szkoły czy przedszkola. o ile pieniądze nie zadziałają, dochodzi do zastraszania.
RK: Miałem okazję odwiedzić rolników w Szwajcarii. Tam, zanim coś zostanie wybudowane, jest organizowanie referendum, podczas którego każdy członek lokalnej społeczności może się wypowiedzieć i przedstawić swoje argumenty. Tam zdanie lokalnych mieszkańców ma wartość i lokalne władze liczą się z tym. Natomiast u nas, z powodu źle skonstruowanego prawa lub też niewłaściwego pojmowania demokracji, pomija się obywateli i przepycha różne rzeczy, mówiąc, iż wszystko odbywa się zgodnie z literą prawa. Konsultacje społeczne w naszym wydaniu to często farsa.
W miejscowości Dołhobrody w gminie Hanna inwestor wycofał się z budowy biogazowni. Dlaczego? Jaką rolę odegrała decyzja środowiskowa? Co przesądziło o zwycięstwie mieszkańców?
RK: To nie my wygraliśmy tą batalię, tylko ludzie, którzy się w nią zaangażowali. W Dołhobrodach największą rolę odegrały kobiety, które pomimo różnych nacisków stawiły opór inwestycji w biogazownię. W końcu gdy Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska wezwała inwestora do uzupełnienia braków formalnych, zrezygnował z tej inwestycji.
MS-K: Wydanie decyzji z prośbą o uzupełnienie raportu w kwestii oddziaływania biogazowni na środowisko było spowodowane presją społeczności Dołhobród i sąsiadujących wsi. Mieszkańcy zaczęli składać do wójta gminy formalne wnioski o uznanie ich za stronę postępowania administracyjnego. Te wnioski zostały odrzucone, bo osoba fizyczna nie może stać się stroną w postępowaniu, ale dały jasny sygnał włodarzom, iż są osoby, które chcą uczestniczyć w procesie wydawania decyzji.
Składając jakikolwiek dokument w samorządzie terytorialnym, robimy to w dwóch egzemplarzach. Zatrzymujemy jedną kopię dla siebie z pieczęcią daty wpływu. Gdy czujemy, iż bierzemy udział w nierównej grze, a urzędnicy mówią, iż sprzeciw mieszkańców nie ma znaczenia, to każdy taki dokument jest uwiarygodnieniem i zapisem naszego sprzeciwu. Bez takich dokumentów gmina zawsze może powiedzieć, iż lokalna społeczność nie jest zainteresowana albo iż wręcz jest przychylna pewnym projektom.
W przypadku planów wybudowania biogazowni lokalna społeczność była na tyle roztropna, iż oprócz korespondencji kierowanej do gminy, zaczęła również wysyłać pisma do Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska. Należy od razu informować inne organizacje opiniujące daną inwestycję o sprzeciwie mieszkańców, bo nie wiemy, czy wójt lub burmistrz stoi po naszej stronie. W Dołhobrodach były organizowane spotkania, na które przychodziła duża liczba osób. Czasami pojawiały się media. Odbywały się spotkania w Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska. W pewnym momencie przyłączyła się do nas organizacja, która stała się formalnie stroną w postępowaniu. Przed inwestorem pojawiały się kolejne przeszkody, których już nie mógł zbagatelizować.
Decyzja o środowiskowych uwarunkowaniach dla przedsięwzięcia pod nazwą „Budowa fermy drobiu w gminie Podedwórze” brzmiała: „Kwestia ferm przemysłowych budziła największe kontrowersje wśród mieszkańców uczestniczących w konsultacjach i była na spotkaniu najdłużej dyskutowana. Przede wszystkim przeważały obawy przed odorami, podkreślano negatywny wpływ firm przemysłowych na rozwój małych i średnich gospodarstw rolnych, wskazywano na kolizje z innymi typami działalności ekonomicznej na terenie gminy, między innymi ekoturystyką, a także podnoszono kwestie negatywnego oddziaływania tego typu przedsięwzięć na bioróżnorodność w związku z zapotrzebowaniem na pasze”. Co było istotne w przypadku oporu wobec planowanej przemysłowej fermy drobiu w gminie Podedwórze?
RK:To była ogromna świadomość władz gminy, które stanęły na wysokości zadania i poparły opór lokalnej społeczności. Na spotkanie zorganizowane z okoliczną ludnością została zaproszona organizacja, która w bardzo profesjonalny sposób przedstawiła, jakie są możliwości rozwoju gminy w kontekście budowy dużych ferm hodowlanych. Zostały przedstawione trzy scenariusze rozwoju. Rzeczowo rozrysowali to na kartce papieru, jak to ma wyglądać i jakie będą tego konsekwencje. Na koniec mieszkańcy zdecydowali, iż nie chcą ferm przemysłowych, bo to nie jest kierunek, w którym ma rozwijać się gmina.
Podczas protestów przeciwko budowie biogazowni w Dołhobrodach mieszkańcy wywiesili transparent: „Smród wchodzący do domu, hałas 365 dni w roku, plaga gryzoni i insektów, wzmożony ruch na drodze w strefie zamieszkania, zagrożenie dla pieszych, w szczególności dzieci, osób starszych i zwierząt. Skażenie wody i gleby, degradacja środowiska, lokalizacja biogazowni w Dołhobrodach to dziejowa degradacja terenów, które pełnią funkcje mieszkaniowe, turystyczne, rekreacyjne i historyczne”. Dlaczego urzędy częściej wierzą tabelkom, które przedstawiają inwestorzy niż mieszkańcom, którzy obawiają się inwestycji lub ekspertom społecznym, którzy próbują tym społecznościom pomagać?
RK: Nie mamy odpowiedzi na to pytanie. realizowane są co jakiś czas wybory i ludzie oddają swój głos na wybranego przedstawiciela, który będzie ich reprezentował na poziomie gminy. Później okazuje się, iż reprezentuje interesy wielkich inwestorów, a nie ludności lokalnej, która go wybrała. A przecież dobry gospodarz dba przede wszystkim o swoje podwórze. Nie mam odpowiedzi.
MS-K: Samorządy lokalne najczęściej nie dysponują dużymi funduszami. Każda potencjalna możliwość pozyskania dodatkowych pieniędzy od tak zwanych inwestorów jest więc kusząca. Wyobrażam sobie, iż mając gromadę niezadowolonych mieszkańców, którzy cały czas domagają się napraw dróg lub remontu szkół, wójt może postrzegać każdą dużą inwestycję jako źródło znaczących korzyści finansowych dla gminy.
Po powstaniu inwestycji, która znacząco ingeruje w środowisko naturalne i lokalną działalność gospodarczą, nie ma już odwrotu.
Gdybym miała wydać zgodę na inwestycję, wiedząc, iż wyrządzę krzywdę zdrowotną osobom, które wokół mnie mieszkają, nie byłabym w stanie potem im spojrzeć w oczy z czystym sumieniem.
Wychowałem się na wsi w drugiej połowie lat 70. i pamiętam, jak rolnicy traktowali zwierzęta i ziemię. Nazywanie ferm przemysłowych postępem jest dla mnie absurdem i kuriozum, bo one wszystko odczłowieczają. Nie dziwię się, iż osoby, które pamiętają stare czasy, stawiają opór. Zastanawiam się, jak będzie z młodymi ludźmi, którym „mebluje się” głowy, iż przemysłowa hodowla zwierząt to jest coś naturalnego.
RK: Te przemysłowe molochy powstają między innymi dlatego, iż konsument kupuje ich produkty. Przestańmy po prostu pewne rzeczy kupować.
Bądźmy świadomi tego, iż mieszkamy w globalnej wiosce i cokolwiek czynimy, ma wpływ na to, co się dzieje na drugim krańcu świata.
Zdajmy sobie sprawę z faktu, iż kiedy w markecie bierzemy do ręki dany produkt, gdzieś tam w Amazonii kolejne hektary są wycinane pod uprawę roślin.
Te surowce są następnie transportowane z pozostawieniem ogromnego śladu węglowego do Europy, aby stać się paszą w przemysłowej hodowli. I tak samo jest z wieloma, wieloma produktami. o ile nie będzie zapotrzebowania na pewne produkty, nikt nie będzie chciał budować ferm przemysłowych. To my decydujemy o tym, co spożywamy. Jeszcze decydujemy.
Każdy z nas powinien się interesować tym, co kupuje i je. Świadomych konsumentów odsyłam do tekstu o fermach Wipaszu, polskiego producenta pasz dla zwierząt. W jaki sposób mieszkańcy odpierają argumenty włodarzy, którzy widzą w biogazowniach i fermach wielkopowierzchniowych jedyną szansę na rozwój gminy?
MS-K: Chciałabym wprowadzić praktykę kwartalnych spotkań otwartych w polskich gminach, żeby pobudzić lokalną przedsiębiorczość. Wykorzystajmy dobre pomysły mieszkańców, które mają potencjał na wygenerowanie zysków w naszych gminach. o ile utworzymy 10 nowych inicjatyw na terenie gminy, które będą na siebie zarabiać, to nastąpi efekt kuli śnieżnej, która będzie się rozpędzać i powiększać dochody gminy. Nie trzeba będzie zapraszać inwestorów z zewnątrz, którzy będą dewastować środowisko naturalne w naszych gminach.
Inwestujemy w to, co sami jesteśmy w stanie wytworzyć.
RK: Chciałbym wiedzieć, dlaczego gminom powodzi się coraz gorzej? Jakie są tego przyczyny? Dlaczego przez tyle lat te gminy istniały i wszystko się jakoś kręciło, a raptem ze wszystkich stron słyszymy, iż gminy nie mają środków finansowych, żeby się utrzymać i tylko dzięki takim nowym inwestycjom będą miały szansę rozwoju.
Dlaczego w Polsce przez cały czas nie ma wiążących norm odorowych, mimo iż prace nad tymi normami realizowane są od blisko dekady? Dlaczego przez cały czas istnieje ta dziura w prawie? Komu ona służy?
MS-K: o ile choćby zostaną ustalone jakieś normy odorowe, czy to oznacza, iż możemy pozwalać na inwestycje dewastujące środowisko tylko dlatego, iż w promieniu 5 km nic nie ma? To nie jest żadne rozwiązanie.
RK: Jest kilka wielkopowierzchniowych ferm w naszej okolicy i faktycznie, to, co pierwsze uderza, to odór, ale to jest tylko jeden z ich negatywnych aspektów. One pogarszają jakość wody, gleby, zwiększają hałas i natężenie ruchu na drogach.
Takie inwestycje nieodwracalnie zmieniają krajobraz, który w dzisiejszych czasach jest wartością bezcenną.
I tak ludzie żyjący w gminie wiejskiej w krajobrazie rolniczym w przeciągu zaledwie kilku lat staną się mieszkańcami gminy o charakterze przemysłowym. Nie poświęcajmy zbyt wiele energii na tylko jeden argument „że śmierdzi”.
Zapraszamy na staże, praktyki i wolontariat!
Dołącz do nas!Jakiego ważnego pytania w temacie, o których rozmawiamy, jeszcze nikt państwu nie zadał i jaka jest na to pytanie odpowiedź?
MS-K: Najważniejsze jest to, żeby się nie poddawać. Zawsze jest warto walczyć w słusznej sprawie. 9 marca 2026 w Strzelinie niedaleko Wrocławia odbyło się spotkanie z amerykańskim rolnikiem, Joelem Salatinem [światowy lider rolnictwa regeneratywnego – przyp. red.], który napisał książkę pt. „Wszystko, co robię, jest nielegalne. Relacje z frontu walki z żywnością”. To relacja rolnika, który opisuje, jak jego codzienna praca jest utrudniana przez urzędnicze procedury i wymogi. Zadałam mu pytanie, czy jego książka bardziej mu pomogła czy zaszkodziła. Odpowiedział, iż książka pomogła mu w wielu kwestiach. Natomiast nie rozwinął tego wątku prawdopodobnie z racji zmęczenia dość napiętym programem jego wizyty w Polsce.
Sama mam cichą chęć napisania pewnej publikacji, ale zastanawiam się, jakie grzmoty spadną na moją głowę, rodzinę i na nasze gospodarstwo, o ile otwarcie ujawnię swoje przemyślenia.
Wiem, iż będę na siłę uciszana przez różne służby.
RK: Nikt nie zapytał nas o nasze prawa do ziemi, prawa do życia i pracy w czystym nieskażonym środowisku. Czy nasze prawa są równe z prawami inwestorów, którzy chcą stawiać te przysłowiowe kurniki?
Dziękuję za rozmowę.

1 godzina temu







.webp)






