Krzyk zamiast żałoby. Jak Kaczyński od lat zawłaszcza pamięć Smoleńska

1 dzień temu
Zdjęcie: Kaczyński


Smoleńsk jako scena, Jarosław Kaczyński jako reżyser – tak od lat wyglądają comiesięczne rytuały pod pomnikiem ofiar katastrofy z 10 kwietnia 2010 r. I znów, zamiast zadumy i ciszy, dostaliśmy spektakl politycznej furii, oskarżeń i moralnego szantażu. Na czele – niezmiennie – Jarosław Kaczyński, który z narodowej tragedii uczynił trwałe paliwo własnej władzy.

Delegacja PiS złożyła kwiaty, prezes zabrał głos, a uroczystość – jak co miesiąc – zakłócili protestujący. To fakt. Ale faktem jest też coś więcej: Kaczyński nie szuka uspokojenia, nie próbuje obniżyć temperatury sporu. Przeciwnie – podkręca ją do czerwoności, bo w chaosie i krzyku czuje się jak ryba w wodzie. Gdy słyszy skandowane „kłamca!”, odpowiada oskarżeniami o łamanie prawa, tolerowane – jego zdaniem – przez policję. I natychmiast przenosi spór na poziom geopolitycznej histerii.

„Mamy tutaj ludzi, którzy nieustannie wbrew prawu, łamiąc prawo, przy tolerancji ze strony policji… zakłócają tę uroczystości. Jednocześnie głoszą chwałę Putina” – grzmi Kaczyński. W jednym zdaniu łączy protestujących z Władimir Putin, Czeczenią, Ukrainą i zabójstwami politycznymi. To retoryczny majstersztyk, ale w najgorszym znaczeniu: każdy, kto nie zgadza się z narracją prezesa PiS, zostaje z automatu wrzucony do worka z agentami Kremla.

To już nie jest debata o Smoleńsku. To nie jest choćby spór o pamięć. To brutalna próba delegitymizacji przeciwnika poprzez oskarżenie go o zdradę, głupotę albo agenturalność. „Tylko człowiek pozbawiony rozumu albo zwykły agent może coś takiego głosić” – mówi Kaczyński. W ustach lidera największej partii opozycyjnej (a wcześniej wieloletniego faktycznego przywódcy państwa) to słowa skrajnie nieodpowiedzialne. One nie tylko dzielą – one systemowo niszczą resztki wspólnej przestrzeni publicznej.

Najbardziej uderzające jest jednak to, jak prezes PiS ustawia siebie w roli jedynego strażnika prawdy i moralności. Każdy sprzeciw wobec jego wizji Smoleńska to rzekoma „chwała Putina”, każde zakłócenie – „hańba rządu”, który to toleruje. „I hańbą tego rządu jest to, iż to toleruje. Ale przyjdzie czas, iż skończy się i to” – zapowiada Kaczyński, brzmiąc bardziej jak trybun ludowy grożący rozliczeniami niż polityk zdolny do refleksji.

Tymczasem prawdziwa hańba polega na czymś innym. Na tym, iż po 16 latach od katastrofy smoleńskiej wciąż nie potrafimy – jako wspólnota – oddzielić żałoby od polityki. A główną odpowiedzialność za ten stan rzeczy ponosi właśnie Kaczyński. To on przez lata budował mit zamachu jako narzędzie mobilizacji elektoratu. To on wpoił swoim zwolennikom przekonanie, iż kto wątpi, ten zdradza. I to on dziś zbiera owoce tej strategii w postaci krzyków, prowokacji i wzajemnej nienawiści.

Warto zapytać wprost: czy Jarosław Kaczyński naprawdę chce uczcić ofiary Smoleńska, czy tylko podtrzymać własną polityczną mitologię? Bo jeżeli chodzi o pamięć, cisza bywa bardziej godna niż krzyk. A jeżeli chodzi o państwo, to oskarżanie współobywateli o agenturalność Putina jest prostą drogą do moralnego bankructwa debaty publicznej.

Smoleńsk zasługuje na powagę. Polska zasługuje na liderów, którzy potrafią tonować emocje, a nie je eskalować. Kaczyński po raz kolejny pokazał, iż woli być kapłanem własnego kultu niż politykiem zdolnym do odpowiedzialności. I to jest najcięższy zarzut – znacznie poważniejszy niż jakiekolwiek okrzyki spod pomnika.

Idź do oryginalnego materiału