To, co rozegrało się 25 maja w elbląskim ratuszu, trudno nazwać merytoryczną sesją rady miejskiej. Był to raczej iście wzruszający seans prowincjonalnego melodramatu, w którym elbląskie, partyjne elity zamiast budować mozolnie własną podmiotowość, postanowiły publicznie skomleć o łaskę bogatszego sąsiada. Desperacka próba „przyspawania się” do sukcesu gospodarczego
Trójmiasta, to nie jest strategia rozwoju – to objaw głębokiego kryzysu tożsamości i ostateczna kapitulacja przed wyzwaniami niezależności. Elbląg, zamiast stać się dumnym, turystycznym liderem subregionu, dobrowolnie aplikuje o status „ubogiego krewnego”, licząc, iż na gdańskim dworze skapnie mu choć parę okruchów z pańskiego stołu.
Zjednoczeni w klęczeniu
W świecie lokalnej polityki, gdzie radni każdego dnia, potrafią toczyć krwawe boje o pierwszeństwo naprawienia pojedynczego krawężnika, nastąpił nagle metafizyczny wręcz konsensus.
Przedstawiciele Prawa i Sprawiedliwości oraz Koalicji Obywatelskiej przemówili jednym, pełnym głosem. Twarzami tego egzotycznego porozumienia stali się Marek Pruszak (PiS) oraz Małgorzata Adamowicz (KO). „Radni PiS i KO nagle podali sobie ręce, by wspólnie zapłakać nad swoim peryferyjnym losem.”
Pruszak, z powagą godną męża stanu, nie tylko roztaczał wizje „kolejowego eldorado”, ale wręcz nakazał zabiegać o wsparcie u samego Karola Nawrockiego, licząc na jego polityczne wpływy w Warszawie.
Z kolei Adamowicz zadeklarowała bezgraniczną chęć „współpracy”, co w tym kontekście brzmi raczej jak deklaracja bezwarunkowej uległości.
Kiedy brakuje twardych argumentów ekonomicznych, elbląscy politycy sięgają po klasyczny chwyt – ucieczkę w historię. Z szafy wyciągane są „zakurzone stulecia” i więzi kulturowe z Pomorzem, które mają magicznie znieść dzisiejsze granice administracyjne. Prawda jest jednak bolesna – dla lokalnych włodarzy przynależność do województwa warmińsko-mazurskiego jest najwyraźniej powodem do wstydu. Olsztyn jest dla nich zbyt mało „prestiżowy”, by ogrzać w jego blasku swoje prowincjonalne ambicje.
Metropolia, to nie przytułek. W całej tej debacie elbląscy włodarze zręcznie unikają kluczowego pytania: co adekwatnie Trójmiasto miałoby mieć z tego układu? Metropolia, to twarda gra interesów i synergia, a nie fundacja charytatywna. To, co Elbląg dumnie nazywa swoimi „zasobami”, w rzeczywistości jest dla Gdańska, czy Gdyni co najwyżej obciążeniem.
Gdańscy partnerzy patrzą na Elbląg i widzą:
- Port o nierozstrzygniętej podmiotowości prawnej, który od lat nie może doczekać się konkretnych decyzji.
- Bezrobocie strukturalne, które trudno nazwać „atrakcyjnym rynkiem pracy”.
- Brak realnej oferty, która wykraczałaby poza „chcenie” i „lament”.
„Metropolia, to nie instytucja charytatywna ani przytułek dla miast, które nie potrafią znaleźć na siebie pomysłu w granicach własnego województwa.”
Prezydent Michał Missan uprawia karkołomną ekwilibrystykę, którą na Pomorzu kwituje się uśmiechem politowania. Z jednej strony forsuje on budowę „małej metropolii” w ramach Związku Zalewu Wiślanego, a z drugiej – jak to ujęto w źródłach – próbuje podłączyć rurę ssącą pod dużą metropolię trójmiejską.
Szczytem politycznego cynizmu, jest jednak określenie tego projektu mianem „melodii przyszłości”. Prezydent – Missan otwarcie przyznaje, iż dzisiejsi rządzący mogą nie doczekać realizacji tych postulatów. To genialny unik: złóżmy dziś papierowe obietnice, skomlijmy o otwarcie furtek, a jeżeli za kilkadziesiąt lat nic z tego nie wyjdzie, to – parafrazując – pretensje zgłaszajcie do naszych grobów.
Zamiast twardych wyliczeń, dostaliśmy biurokratyczny teatr. Debata na sesji nie dotyczyła strategii gospodarczej, ale tego, do kogo jeszcze wysłać petycję. Na liście adresatów znaleźli się niemal wszyscy:
- Prezydent RP (z nadzieją na lobbing u wspomnianego Karola Nawrockiego),
- Marszałkowie Sejmu i Senatu,
- Liderzy wszystkich możliwych klubów parlamentarnych.
W mniemaniu elbląskich polityków, liczba pieczątek na dokumencie zastąpi brak realnych atutów. To tragikomiczne przekonanie, iż im więcej dygnitarzy otrzyma petycję, tym szybciej Elbląg stanie się częścią metropolitalnego raju.
„Debata, jaka się na sesji przetoczyła, dotyczyła głównie maksymalnego rozszerzenia grona adresatów stanowiska. Im więcej pieczątek, tym większe złudzenie, iż robi się coś istotnego.”
Elbląg, traci właśnie ogromną szansę. Zamiast budować silny, niezależny ośrodek subregionalny, wykorzystując chociażby ustawę o zrównoważonym rozwoju miast, lokalni decydenci wolą rolę wiecznego petenta. To porzucenie walki o własną podmiotowość na rzecz mitycznego „ratunku z zewnątrz”, które obnaża potworną prowincjonalność myślenia.
Miasto z takim potencjałem zasługuje na coś więcej niż status ubogiego krewnego na gdańskim dworze. Czy można jednak zbudować przyszłość, zaczynając od pozycji klęczącej? Odpowiedź jest gorzka: w metropolitalnym klubie nie ma miejsca dla tych, którzy nie potrafią sami o siebie zadbać.
Edmund Szwed

![Senator z Ostrołęki zapytany o kilometrówki. "A co pana to interesuje?" [WIDEO]](https://www.eostroleka.pl/luba/dane/pliki/zdjecia/2026/img_2466_normal.jpg)









