Mógł to być rok 2016 lub 2017, gdy po raz pierwszy wpadła mi do ręki autobiografia Dariusza Milińskiego „Urodzony na cmentarzu”. Od tamtej pory niezmiennie traktuję ją jak lekturę obowiązkową dla wszystkich, kto chce podjąć pracę pedagoga, nauczyciela trudnej młodzieży, psychologa, a w szczególności badacza traumy. Pomijając końcówkę książki, gdy ewidentnie widać, iż autor zrezygnował z ekshibicjonistycznej szczerości, można się wiele z niej dowiedzieć o życiu młodzieży z marginesu, która trafiła tam nie dlatego, iż tak wybrała, a dlatego, iż takich miała rodziców, a wiadomo, iż (chichichi) „nikt tak nie zrozumie dziecka jak rodzice” (wężykiem, wężykiem)! Jest to także, a może przede wszystkim choćby historia o tym, JAK SZTUKA RATUJE LUDZKIE ŻYCIE.
Dariusz Miliński – Don Kichot od kwiatków (2017)
Dariusz Miliński, to wzięty artysta, rzemieślnik i filantrop, próbujący dzięki sztuki ratować młodzież z terenów, gdzie patologia jest chlebem powszednim. W swojej „Magicznej Pławnej”(kliknij, jeżeli chcesz się zapoznać z ofertą) , stolicy jeżeli nie polskiego, to z pewnością dolnośląskiego kiczu kontrolowanego, pełnego pamiątek z przeszłości i wszelkich form sztuki dawnej i współczesnej, od klejnotów poprzez sztukę użytkową, na kiczowatych ozdobach skończywszy, przyciąga coraz więcej osób. Myślę, iż nie pomylę się mówiąc, iż DM jest dziś multimilionerem, ale nie zawsze tak było. Był na najlepszej drodze do zgnicia w więzieniu, szpitalu psychiatrycznym, bądź gdzieś pod płotem, jak to się stało z wielu jego koleżankami i kolegami. Jako nieletni miał na koncie kradzieże, nadużywanie alkoholu i narkotyków, całą masę przygodnego seksu, generalnie wszystko, co się kojarzyć może z kłopotami. Znaleźli się jednak ludzie, którzy dostrzegli w nim talent artystyczny, wsparli go w tej drodze, sprawili, iż uwierzył, iż jest coś wart, ochronili go przed jego własnymi rodzicami, rodziną, koleżankami, kolegami, a mimo tego, iż jego przemiana nie była natychmiastowa (to nie Darth Vader w jednej sekundzie przechodzący z jasnej na ciemną stronę mocy, by później równie gwałtownie wrócić na stronę jasną), to Dariusz Miliński powoli, ale konsekwentnie z każdym dniem jaśnieje. Co ciekawe, od dawna już on sam nie uważa się za twórcę sztuki, określa się jako rzemieślnika, ale to jego rzemiosło jest najwyższej próby i bez edukacji artystycznej nie mogłoby w obecnej formie istnieć. Maluje obrazy hurtowo, podobnie jak tworzy instalacje artystyczne i ze względu na prostą i powtarzalną symbolikę, której używa, podobnie jak używanych powtarzających się motywów, tak właśnie ocenia swoją pracę. Zdradzę jednak, iż nie do końca pokrywa się to z prawdą, on trochę kokietuje, cały czas poszukuje, a to rzuca się na formy teatralne, innym razem wraca do grafiki, plakatów, obrazów i instalacji. I nie wszystko jest takie wtórne i przewidywalne, jak to przesadnie skromnie opowiada. Żyje z tego, co dała mu sztuka i edukacja artystyczna, i zaraża tym innych.
Nie poznałbym Darka, gdybym nie miał w zwyczaju zatrzymywać się przy różnych formach artystycznych. Czy to uliczny artysta (tancerz, muzyk, malarz, aktor uliczny), czy to jakaś martwa forma, jak mural, rzeźba, nagrobek. Jestem ciekawski, moja żona Świechna również, dlatego go znamy, dlatego też mamy kilka drobiazgów zrobionych przez Milińskiego w domu, a czasem choćby na sobie. Nie znaliśmy, ale zechcieliśmy go poznać. Ze sztuką można bowiem zetknąć się na dwa z grubsza rzecz biorąc sposoby.
1. Z polecenia (można przeczytać, usłyszeć, iż warto kogoś, bądź coś zobaczyć), jednak ten sposób, jakkolwiek nie można go lekceważyć i całkiem odrzucać, trąci trochę zadaniowością i odhaczaniem, zwłaszcza o ile oprzemy się tylko na nim, bo w drodze po „polecone doznanie artystyczne” możemy minąć sto fafnaście małych cacuszek, happeningów, przedstawień. Możemy zgubić nuty, słowa i obrazy.
2, Z ciekawości, poprzez przystanięcie przed czymś intrygującym, poświęcenie chwili na coś innego, niż bieg za własnym ogonem.
A wiecie dlaczego większość mieszkańców dalszych okolic Pławnej (poza samą wsią, w której artysta ten jest osobowością) nie zna Dariusza Milińskiego i na widok jego obrazu nie będzie potrafiła wskazać autora? Bo mają to w dupie – i nie jest to takie proste, zwyczajne wdupiemanie. Nie wykształcili w sobie wrażliwości artystycznej, bądź ją uśmiercili materializmem, lenistwem intelektualnym, lękiem przed grupą, z którą się identyfikują. To był proces, cały ciąg błędów i zaniechań, który doprowadził ich do takiego punktu, w jakim się znajdują.
Piotr Bukartyk – Brudna miłość (na zdjęciu okładka płyty „Być może to wszystko” projektu Dariusza Milińskiego.
Nie każdy musi zostać artystą, ale odkrycie artystycznego talentu może postawić go na nogi. Znałem chłopaka (dziś to dorosły mężczyzna, ma ponad 50 lat), który wywodził się z podobnej rodziny, co Dariusz Miliński. Część jego rodzeństwa nie żyje, część dogorywa, inni mają ograniczoną wolność (zakłady karne, szpitale psychiatryczne). Mało kto wie, ile adekwatnie miał tego rodzeństwa. Jedni się rodzili, inni umierali, jeszcze inni znikali i nikt się nie interesował, gdzie są. Ale on uciekł z rodzinnego piekiełka do przyszkolnego internatu, gdzie ktoś odkrył jego talent i wsparł go w tworzeniu. Zaczynał robiąc rzemieślniczo użytkowo-ozdobne drobiazgi, głównie metaloplastykę. Zainteresował się po drodze fotografią. Nie jest to najtańsze hobby, więc trochę czasu mu zajęło, nim skompletował sprzęt, na którym da się pracować, a dziś żyje z fotografii. Obsługuje lokalne wydarzenia sportowe i gminne, robi tematyczne sesje zdjęciowe, daje radę. Również mówimy tu o rzemiośle, ale ktoś musiał wcześniej dostrzec u niego zmysł artystyczny i przekonać go, iż warto iść w tym kierunku. I gdyby pogrzebał w pamięci, a nie musiałby grzebać głęboko, znalazłby takich, których w podstawówce stawiano mu za wzór, a dziś wąchają kwiatki od spodu, bądź utknęli gdzieś między grillem, weselem, meczem, a czasem i zakładem karnym. On był dokładnie na tym kursie, był choćby pod ścieżką, zderzenie spodziewane było wcześniej, na szczęście na jego drodze stał ktoś inny niż Mentzen ze swoim piwem.
Dariusz Miliński – Edi, plakat do filmu
Po to także jest sztuka. Opowiedziałbym Wam jeszcze o teatrze „Karawana”, gdzie trafiają ludzie uzależnieni i współuzależnieni, którzy rzucają nałóg, a pomaga im w tym sztuka, ale chyba już brak tu miejsca, więc zostawię tylko skrót. Tu jest ciekawostka. Ludzie w sile wieku, pomagają sobieteatrem przy wygrzebywaniu się z dna, by wrócić do rówieśników, którzy nie marnowali czasu i coś już znaczą, więc znajdują się w drabinie społecznej kilka, kilkanaście szczebli wyżej. Nie jest to łatwe, bo wolny rynek jest samolubny i zazdrosny. 40-50 lat, to wiek, w którym otwierają się przed ludźmi wysokie stanowiska i wielkie możliwości, więc ciężko jest w tym momencie podnosić się z mułu. I po kilku latach w tym teatrze, ci wszyscy outsiderzy zaczynają doganiać i prześcigać konkurencję. Każdy w swojej specjalności. Uratowani przez artystów, którzy są zupełnie nieznani szerokiej publiczności. Artystów niemal undergroundowych, będących takimi nie dlatego, iż jak bredzi pan Mentzen „potrafią tylko udawać kogoś kim nie są i pajacować na scenie”, ale dlatego, iż tak mało osób jest sztuką zainteresowanych, więc skąd niby ma wiedzieć, kto coś potrafi, a kto nie. Gdyby jednak się spytali w kuluarach Teatru Szaniawskiego w Wałbrzychu, Teatru Norwida w Jeleniej Górze lub Instytutu Grotowskiego we Wrocławiu, kim jest Tadeusz Rybicki, kim jest Anna Krych, to dowiedzieliby się, iż mowa o jednym z najlepszych dolnośląskich aktorów i reżyserów teatralnych oraz o równie wspaniałej tancerce (teraz już trenerce tańca) i choreografce (trudne słowo, zwłaszcza dla Mentzena). Reszty o sztuce i jej wpływie na życie musicie dowiedzieć się sami. Albo i nie musicie. To wybór, nie nakaz.













