238. Przełom.

okolicepiecdziesiatki.wordpress.com 2 tygodni temu

Końcówka astronomicznej zimy była dla mnie skrajnie wyczerpująca psychicznie. Od połowy października nie było ani jednego dnia, w którym można by było pracować w ogrodzie lub wybrać się na kilkugodzinną wycieczkę. Przebłyski słońca liczyło się raczej w minutach, niż godzinach, a gdy się wreszcie trafiał jasny dzień, to z powodu mrozu i wyżu znad Syberii, nie było to też nic przyjemnego. Nic nie zapowiadało zmiany. Na domiar złego, wymagający remontu dom coraz bardziej mnie irytował, a to z tego powodu, iż odpowiedzialni za decyzje urzędnicy skutecznie izolują się od najemców, żeby przez przypadek nie znać prawdziwych potrzeb i wydawać publiczne pieniądze na problemy z dupy wzięte, istniejące tylko w ich leniwych, a chciwych łbach. Do tego czekałem na wyniki badań, które w najgorszym wypadku by mnie zmusiły do uwięzienia między domem a szpitalnym łóżkiem, bez odrobiny miejsca na podziwianie Świata. W depresyjnym nastroju czekałem więc na wylot do Polski, martwiąc się bez sensu o nasze kociczki-juniorki i generalnie miałem wrażenie, iż z gniewu wybuchnę i zostanie po mnie dołek, w który będą wpadać niewinni przechodnie. Jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, wylot zmienił wszystko. Gdy byłem półtora tysiąca kilometrów od domu, to już naprawdę nie miałem się co martwić pozostawionymi tam kłopotami, więc mogłem się wreszcie zrelaksować.

Może nie od razu, bo czekała mnie jeszcze nocna podróż z Modlina pod Wrocław, i to w roli kierowcy. Nim ujechaliśmy 50 kilometrów, udało nam się minąć dwa poważne, wymagające użycia karetki wypadki drogowe. Wiadomo, w Polsce wszyscy jeżdżą świetnie i tylko ci złośliwi drogowcy wymyślają przepisy drogowe, zwłaszcza ograniczenia prędkości!!! Na szczęście był to koniec incydentów, ruch stopniowo malał, a gdy odbiliśmy z E75 na Wrocław, uspokoiło się na dobre. Od tej pory był już tylko relaks. Nie wiem, ile osób tak ma, ale ja zamartwiam się wyjazdem, póki się on nie rozpocznie. W trakcie jest już dobrze. I to pomimo niezbyt imponującego planu atrakcji: Wyskoczyliśmy na jedną zaledwie wycieczkę, w dodatku jednodniową, by obejrzeć spuszczoną (na razie tylko o jakieś 10 metrów) wodę z Zalewu Pilchowickiego, bo takie rzeczy widzi się raz w życiu. Przy tej okazji odwiedziliśmy jeszcze groby bliskich, poszwendaliśmy się po Jeleniej Górze, zjedliśmy vege-obiad w niedawno nagrodzonym bistro, wpadliśmy na dobrą kawkę do Aroma Cafe i czas nam było wracać. Poza tym zaliczyliśmy błogie leniuchowanie u teściów moich, a rodziców Świechny, kotów i psów głaskanie, regularne spacerowanie, kawy zacnej popijanie. Mnie to pasuje, chociaż wśród moich znajomych jest pełno osób, które potrzebują mocniejszych wrażeń.

Tak to udało mi się spuścić napięcie dzięki cudownej metody Osiatyńskiego: „Obudź się, stań przed lustrem i odpierdol się od siebie”. Po powrocie onkolog zreferował mi wyniki badań, sprowadzające się do tego, iż co prawda przez cały czas coś widzi w płucach, ale podejrzewa iż jest to jakiś zainhalowany pyłek, bo skoro od półtora roku nie rośnie, a inne wyniki są dobre, to jest to najbardziej prawdopodobna hipoteza. No i dobrze, znaczy iż resztę odczuwanych dolegliwości tłumaczy tytuł dziewiątej studyjnej płyty Jethro Tull: „Too Old to Rock’n’Roll, to Young to Die”! W międzyczasie przyszła do nas wiosna i nie tylko wybraliśmy się na pierwszy tegoroczny długaśny spacer (tym razem wzdłuż brzegu zatoki Carlingford), ale i udało nam się obejrzeć to i owo.

Jethro Tull – Too Old to Rock’n’Roll, Too Young to Die

„To”, czyli „Chłopi” (2023). Skrócona i uaktualniona wersja Rejmontowskiej nagrodzonej Noblem opowieści o traumatycznych losach chłopów okazała się bardzo udana, choć siadałem przed ekranem głównie pchany ciekawością, jak poradziła sobie grająca Józkę córka mojej koleżanki, nie spodziewałem się zaskoczenia samą produkcją, tym bardziej tak miłego. Autorzy postawili na dynamikę, ograniczyli się więc do wątku tragicznych losów kobiet z chłopskich rodzin oraz…., oraz polskiego gówna, kultu pieniądza, pogardy dla etyki, kultury gwałtu, zdrady, syndromu sztokholmskiego i fałszywych oskarżeń. Wielki plus za symboliczne tańce na weselu z osaczającymi Jagnę zaślinionymi, pokolenie starszymi wieśniakami, minus za zbyt dosłowny, niemal kopulacyjny taniec Jagny z Antkiem w karczmie podczas spotkania Boryny z liczącymi się gospodarzami (w serialu Rybkowskiego, był piękny, siarczysty oberek, bardzo symboliczny, a tu zrobili jakąś frywolną dyskotekę). Jeszcze plus za zerwanie zasłony milczenia nad powszechnymi gwałtami na chłopkach (dwie dosłowne ukazane próby gwałtu, w tym jedna udana). Dlaczego? Gdy byłem nastolatkiem, wychowywałem się w środowisku, w którym gwałt był jednoznacznie potępiany, ale na wakacje jeździłem w miejsce, gdzie w knajpie opowieści o gwałtach snuły się niczym anegdotki o tym, co kto głupiego zrobił po pijaku. Tam „zmacanie” koleżanki z klasy było powszechną rozrywką uczniów z ostatnich klas podstawówki lub pierwszych klas zawodówki, a z wiekiem molestowanie się zaostrzało. Gdybym tych opowieści nie słyszał na własne uszy od naocznych świadków, to bym nie uwierzył w ich prawdziwość. Myślę iż dziś, jeszcze mniej osób jest w stanie uwierzyć, iż jeszcze nie tak dawno temu były miejsca, gdzie gwałty były powszechne, a społeczeństwo ich nie ścigało. o ile już coś komuś groziło, to ofiarom gwałtu. Co prócz tego…? Rozczarował mnie brak wątku Kuby Sochy, który przepadł wraz z moją ulubioną sceną, gdzie stary parobek najpierw narażał życie kłusując, aby zarobiony w ten sposób pieniądz poświęcić na to, by choć przez chwilę stanąć w pierwszym rzędzie w kościele, wśród pierwszych gospodarzy. Nie dość, iż się im naraził, to jeszcze wraz ze zniknięciem grosza na tacy, wrócił do poprzedniego położenia. Taka to była równość między chłopami! Cóż, w nowej wersji „Chłopów” brakło parobka Kuby, za to niesamowicie wyraziście ukazano bezwzględną chciwość ludzką oraz psychopatyczną wręcz scenę linczu, podczas której próżno było szukać śladu współczucia dla ofiary. I znowu, dla mnie jest to ważne, bo zdarzało mi się widzieć akcje, gdzie kilkunastu agresorów napadało na jedną ofiarę, której nie mogłem pomóc, bo sam bym się stał ofiarą. A przecież dziś na każdym kroku zderzam się z postami w mediach społecznościowych, twierdzącymi iż „kiedyś było wzajemne zrozumienie, ludzie sobie pomagali, byli życzliwi”. No i pięknie pokazane jest, jak uporczywe powtarzanie kłamstw potrafi zabić, co po zabójstwie Pawła Adamowicza w czasach TVP Kurwizji i TV Republika było nie bez znaczenia! Ta wersja „Chłopów” powinna być szczególnie polecana młodym dziewczynom wspierającym PiS lub Konfederację. adekwatnie dlaczego tylko młodym? W dzisiejszych czasach każda kobieta powinna to obejrzeć!

„Owo”, czyli Irish National Opera i „Rusałka” Antonína Dvořáka. Ponieważ mało kto z czytelników będzie miał szansę spektakl obejrzeć, napiszę krótko: Libretto jest o tym, iż zbyt duże różnice kulturowe uniemożliwiają szczęśliwy związek. Oczywiście wszystko w baśniowej metaforze nimfy zakochanej w człowieku. Jednak w interpretacji Netii Jones, wychowana między siostrami i pod czujną pieczą ojca Wodnika tytułowa Rusałka jest niewinną dziewczyną, która nie wie nic o seksie, ani o sposobach zdobywania partnerów. Jej wybrankiem jest zaś wspierający się alkoholem, rozmiłowany w pijackich imprezach młody i przystojny Książę. Rusałka w takiej sytuacji nie ma szans z wytrawną uwodzicielką, która wie jak księciu polać, wspólnie wypić i nim czar pryśnie wskoczyć mu do łóżka. A potem, jak na przelotną kochankę w stylu Osieckiej lub Jędrusik przystało, ulotnić się, zostawiając nieszczęsnego pijaczynę z jego weltschmerzem i butelką-kochanką. Wszystko zostało zagrane ruchem mieszczącym się w partiach instrumentalnych, bez naruszenia tekstu libretta. choćby śmierć księcia następuje nie po pocałunku zdradzonej nimfy (który miał go zabić w oryginale), a z powodu zatrucia alkoholem. Wbrew klasycznej wersji, Rusałka nie ma już w sobie cienia pożądania do niego, może i mu współczuje, ale nie chce mieć z nim nic wspólnego, a pocałunek śmierci nie jest potrzebny, Książę potrafi zapić się na śmierć sam, bez niczyjej pomocy! Wrażenie potęgował fakt, iż księcia grał niezły przystojniak, a jego charakteryzacja w chwili śmierci wzorowana była na irlandzkich młodzieńcach przesiadujących w pubach Temple Bar: jeansy, bluza z kapturem wystającym spod ramoneski. A dla mnie osobiście, Książę miał twarz mojego kolegi z równoległej klasy podstawówki. W ogólniaku grałem z jego bratem w reprezentacji szkoły w kosza. Jakieś dziesięć lat temu dowiedziałem się, iż jego ciało wyłowiono z Wisły, jakby szukał po pijaku Rusałki. On też zawiódł swoją ukochaną wybierając chlanie, zawiódł też dzieci. Odeszli od niego, a on łaził z butelką, jak Książę Netii Jones.

Wygląda na to, iż nastąpił przełom. Znów zaczynamy z żoną robić to, co lubimy najbardziej.

Idź do oryginalnego materiału